Trzy twarze muzyki noise

Merzbow, ISSUE Project Room, Nowy Jork, 23.09.2010, Seth Tisue, Wikimedia Commons
Występ Merzbow w ISSUE Project Room (Nowy Jork, 23.09.2010), fot. Seth Tisue/Wikimedia Commons
Muzyka noise egzystuje w kulturowej świadomości niemalże od zawsze. Pierwsze próby uczynienia sztuki z czystego hałasu były podejmowane przez ruch dadaistyczny na początku XX wieku. Tę estetykę przejęła też tzw. muzyka konkretna i wielu kompozytorów poruszających się po awangardowych krańcach muzyki klasycznej.

Powszechnie przyjmuje się jednak, że to Lou Reed ze swoim albumem „Metal Machine Music” nadał kształt czemuś, co dziś uznalibyśmy za noise. Wydany w 1975 roku krążek wzbudził ogromne kontrowersje. Był to – nawet jak na standardy frontmana The Velvet Underground – projekt skrajnie bezkompromisowy. Dzieło oparte w całości na abstrakcyjnym kolażu hałaśliwych, przesterowanych i (co najważniejsze) abstrakcyjnych gitarowych dźwięków. Kontrowersyjny muzyk zawarł w nim artystyczny postulat, pod którym pewnie podpisałaby się większość dzisiejszych reprezentantów nurtu:

Noise to gatunek poszukujący piękna w chaosie nieskoordynowanego zgiełku

Wideoesej o noise

Żeby lepiej zrozumieć filozofię stojącą za tym ekstremalnym podgatunkiem muzyki eksperymentalnej, warto sięgnąć nie tylko po same utwory, ale też po wypowiedzi artystów. Legendarny mistrz hałasu, czyli Merzbow, w jednym z wywiadów podkreślił konfrontacyjny wymiar tej stylistyki. Japoński artysta stwierdził, że jego naczelnym celem jest „zniszczenie konwencjonalnej muzyki”. Nieco prowokacyjnymi słowami zahaczył natomiast o kluczową kwestię związaną z bytowaniem noise’u na łonie współczesnej popkultury.

Muzyk zasugerował, że noise opiera się na konstruktywnej destrukcji. Jest rodzaje antymuzyki o potencjale meta-polemicznym. Autorzy noise’owych albumów podają w wątpliwość sens istnienia standardowych reguł gry – odrzucają nie tylko popową mantrę zwrotka-refren-mostek, ale też jazzową elegancję i wytworny szyk muzyki klasycznej. To twórcy, którzy są niszczycielami wszelkich formuł. Budują swoje dźwiękowe światy w opozycji do wszystkich muzycznych języków i narracji. Przekornie używają dialektu, którym właściwie nikt inny nie potrafi się porozumieć.

Inne, choć równie ciekawe spojrzenie na noise prezentuje Dominick Fernow znany jako Prurient

Wywiad z Prurient

Mogłoby się wydawać, że tak skrajna muzyka istnieje przede wszystkim po to, by wywołać u odbiorcy uczucie katharsis. Niczym po seansie Szekspirowskiego spektaklu, oczyścić swą duszę ze wszystkich ekstremalnych emocji i zaznać błogiego, metafizycznego spokoju. Według Amerykanina – nic bardziej mylnego. Prurient przekonuje bowiem, że jego twórczość „nie jest katartyczna a transformacyjna”. Dodaje też, że rządzi nią napięcie, które jest przeciwieństwem idei katharsis pozwalającej nam na odpuszczenie sobie.

Ta interesująca teza poniekąd tłumaczy różnicę między pełnokrwistym noise’em a gatunkami wchodzącymi z nim w dialog, takimi jak noise rock czy noise pop. Czysty noise jest okrutną, niezatrzymywalną siłą. Pozbawioną znajomych kształtów sylwetką, malowaną turpistycznym impresjonizmem. Obcość formy jest tu ekwiwalentem nicości – całkowicie nieprzeniknionej przestrzeni przytłaczającej swoją permanentną tajemnicą poznawczą. Tymczasem przystępne, fuzyjne oblicze noise’u próbuje wpisać abstrakcyjną koncepcję w bardziej zrozumiałe myślowe ramy.

Nietzscheańskie mierzenie się z otchłanią rzeczywiście może przynieść transformację, natomiast dystansowanie się od niej poprzez pragmatyczną charakterystykę może dać jedynie (złudny) święty spokój. Jeśli najbardziej ekscentryczne idee Prurient porównamy do transcendentalnej medytacji nad istotą hałasu, to dokonania twórców noise-popowych i noise-rockowych trzeba by uznać za ekwiwalenty jej importowanej na Zachód, racjonalnej, przyziemnej odnogi.

Z kolei Margaret Chardiet powołuje się w swojej twórczości na koncept popędu śmierci Freuda

Pharmakon na żywo

Pomysłodawczyni projektu Pharmakon widzi w noise’owej stylistyce więź z tezą ojca psychoanalizy. W kreującym jej utwory zgiełku dostrzega odwieczne pragnienie ludzkości – żądzę niebezpiecznych, ekstremalnych wrażeń. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że dla artystki pełnię życia definiuje bliskość śmierci. Noise jest w gruncie rzeczy muzyką autodestrukcyjną, Chardiet uważa nawet, że autokanibalistyczną. Utwory noise’owe budują swoje fundamenty na rozpadzie własnej formy. To muzyka samowyburzających się, samospalających się konstrukcji. Określający ją przeszywający wrzask decybeli jest jednocześnie najbardziej witalnym z gestów (wyswabadzającym się z jarzma ograniczeń), ale też najbardziej śmiertelnym (unicestwiającym wszelkie sensy i porządki).

Noise jest w pewnym sensie ostatnim oryginalnym gatunkiem muzycznym.

Ostatnią w pełni unikalną wypowiedzią dźwiękową, pozbawioną punktów odniesienia. To rodzaj ekstremalnej, turpistycznej poezji – wielki popkulturowy projekt, posługujący się absolutnie idiosynkratycznym, często alienującym odbiorcę językiem. Jest w tym nurcie tragiczno-piękny chaos, którego na próżno szukać gdzie indziej. Zresztą nic w tym dziwnego, bo noise lata temu zabił możliwość występowania jakiegokolwiek muzycznego gdzie indziej

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Na „In Ferneaux” Blanck Mass kreśli wizję przewidywalnego jutra

Solowy materiał połowy duetu Fuck Buttons nie wywołuje trzęsienia ziemi. Kompozycje zawarte...
Czytaj wiecej