U Świętego Tomasza – część II

Stolica Sao Tome – bez fantazji nazwana Sao Tome – jest miastem niewielkim, z dość zatłoczonym centrum, oczywiście - jak to w Afryce - z dużym targiem oraz prawie pustymi przedmieściami, z niekiedy ciekawą postkolonialną architekturą.

Do zwiedzania, w powszechnym rozumieniu tego słowa, jest tylko Muzeum Narodowe, mieszczące się w starej fortecy z latarnią morską. I było to jedno z uboższych muzeów, jakie kiedykolwiek widziałem, ale za to widok z tejże fortecy był bardzo fotogeniczny. Poza tym, można zajrzeć do archikatedry, obejść pałac prezydencki, pójść do parku i… poznać tajniki powstawania najlepszej czekolady na świecie, którą produkuje w swojej manufakturze Claudio Corallo, osobiście opowiadający gościom o kakao i całej reszcie – degustacja wliczona w cenę biletu, trzeba się zapisać wcześniej. I to właściwie tyle. Są też fajne knajpy z tanim lokalnym piwem i bardzo miłymi „localesami” i ekspatami.

Jest także Sao Tome hotelowym zagłębiem całej wyspy, można nocować zarówno w ekskluzywnych hotelach należących do dość drogich sieci, można w tanich hotelikach, można i w prywatnych domach, wiele takich ofert znajdziemy w Internecie. Trzeba się liczyć z kosztem od 30 euro za dobę za pokój. Jak na Afrykę – tanio.

O jednym hotelu chciałbym jednak opowiedzieć nieco więcej. Otóż – jest sobie w środku równikowej dżungli, otoczony górami, z widokiem na Pico de Sao Tome (2024 m.), na dawnej plantacji kawy stojący hotel Bombain. Niby tylko 17 kilometrów od głównej drogi, ale z duszą na ramieniu i z modlitwą na ustach jechałem prowadzącą doń drogą, bez żadnych drogowskazów i przy szybko zapadającym zmierzchu. Udało się, chwilę po przyjeździe naszym zrobiło się kompletnie ciemno… Cisza, która tam panowała dosłownie dzwoniła w uszach, ale nocny śpiew ptactwa niemal uniemożliwiał sen. Kilka prosto urządzonych pokoi, łazienki bez ciepłej wody i prąd z generatora włączany na dosłownie trzy godziny. Na miejscu podają posiłki, jest i piwo, umiarkowanie niestety zimne, bo… nie ma prądu.

Bombain jest świetną bazą do wypadów w na wspominany szczyt, turyści zjawiają się tu również, żeby oglądać i fotografować ptaki, o orchideach nie wspomnę. Faktycznie, kiedy siedziałem na werandzie przy latarce, podfrunęło coś ślicznego, wielkości naszego wróbla, ale we wszystkich kolorach tęczy. A orchidee, u nas kosztujące przecież majątek, tam rosną sobie jako nieledwie chwasty. I są istotnie niezwykle fotogeniczne.

I jeszcze jedna roça – również z nieprawdopodobnym widokiem na Pico – Monte Forte. Tutaj jest nie tylko bieżąca woda (również ciepła!), ale i każdy pokój ma swoją łazienkę, recepcjonista włącza na 3 godziny wieczorem Internet, a kuchnia przygotowuje świetne ryby. Ten hotel mieści się nieopodal wsi Neves, obok drogi biegnącej przez północ wyspy, i słynie z najlepszych nie tylko na wyspie, ale i w całej Afryce (sic!) plaż. Faktycznie, są piaszczyste, szerokie, z bajecznie czystą wodą, byłem na kilku z nich, w dzień powszedni oprócz francuskiej rodziny (i ochroniarza – wyobraźcie sobie), byłem sam. W niedzielę było tłoczno, Saotomeńczycy uwielbiają spędzać czas z rodzinami nad wodą, przywożą ze sobą jedzenie, picie, bawią się, pluskają, pływają, cieszą się życiem.

Na południowym natomiast krańcu wyspy, za Porto Allegre, są hotele, do których bez 4WD się nie dostaniemy. Ze względnie przyzwoitej asfaltowej drogi zjeżdżamy bowiem na nieledwie bezdroże, którym jedziemy około pięciu kilometrów do położonego również na końcu świata hotelu Praia Jale Ecolodge, przy cudownej, pustej plaży Jale. Przy leżących obok plażach Piscina i Inhame także nie było 1 stycznia miejsc, więc moja podróż w lejącej ścianie deszczu była dość nieowocna, ale poruszanie się po dżungli autem z napędem na 4 koła przy ścianie wody z nieba, miało w sobie coś niesłychanie męskiego.

W każdym razie – jeśli szukacie raju na ziemi – to tamże. Tyko trzeba wcześniej zarezerwować, czego nie zrobiłem.

Wracam więc do stolicy, mój przewodnik twierdzi, że jest po drodze miejsce, gdzie można się przespać i zjeść, również nieistniejąca już plantacja kawy. Zostało po tym hotelu ledwie wspomnienie, ale na miejscu był miły pan i pani, zrozumiałem z ich wypowiedzi, że pilnują tego miejsca. Pokazałem na migi, że w brzuchu burczy i że może mają tu coś do jedzenia. Pani domu więc podzieliła się ze mną, przygodnym wędrowcem, typowo saotomeńskim daniem, calulu, ukroiła chleba, dała wina palmowego, którym to pysznym posiłkiem rozpocząłem rok 2018, zapłaciwszy im za tę ucztę równowartość 8 euro. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że ich zdumienie, z jakim mnie żegnali, wynikało z faktu, że to tutejsza niemal przeciętna miesięczna pensja.  A co tam, niech im się darzy!

More from Rafał Turowski

John Irving – Aleja tajemnic

O czym chce nam powiedzieć Irving tym razem? O dzieciństwie, od którego...
Czytaj wiecej