2. sezon “Umbrella Academy” – z apokalipsą im do twarzy [Recenzja]

"Umbrella Academy", fot. Netflix
"Umbrella Academy", fot. Netflix
Osoby, które znają Akademię Umbrella czy to z komiksów, czy z zeszłorocznej adaptacji Netflixa, z pewnością wyczekiwały kontynuacji serialu. Jak drugi sezon wypada na tle pierwszego; czy losy dysfunkcyjnej rodzinki (anty/super)bohaterów nadal bawią tak samo i wreszcie – co tym razem poszło "nie tak"?

Pierwsze spotkanie z nietypową, mocno naginającą kilka komiksowych konwencji rodzinką to olbrzymia dawka absurdalnego humoru. Napisana przez Gerarda Waya, wokalistę My Chemical Romance, historia jest jednym z największych komiksowych zaskoczeń schyłku ubiegłej dekady. Na papierze “The Umbrella Academy” debiutowało w 2007 roku nakładem Dark Horse Comics. W ciągu dwóch lat autor zamknął dwa sześciozeszytowe tomy i zgarnął kilka nagród, m.in. te najważniejsze – Eisner Awards. Po tym jednak tytuł wpadł w limbo. Serial natomiast tchnął w niego nowe życie, z miejsca zjednując sobie rzeszę fanów.

Jeśli jesteś wśród nich – śmiało, czytaj dalej. Jeśli jednak nie miałeś jeszcze styczności z “Umbrella Academy”, ostrzegam, że muszę przywołać wydarzenia z pierwszego sezonu, by bezspoilerowo opowiedzieć o drugim.

Gerard Way nigdy nie ukrywał, że mocno inspirował go “Doom Patrol” w wydaniu Granta Morrisona i czuć to w “The Umbrella Academy”. Komiks, a za nim serial, doskonale bawią się konwencją superbohaterskich grup, łącząc to z mrocznymi czasami w historii komiksu. Mamy więc sytuację na pograniczu “Młodych tytanów” i “X-Menów”, ale też brutalne odarcie z utopijnych wizji bohaterstwa rodem ze “Strażników” Moore’a. Way nie podchodzi jednak do tego aż tak serio, serwując kilka prostych życiowych prawd w sosie z czarnego humoru i absurdu. Mam wrażenie, że Steve Blackman – showrunner adaptacji Netflixa – doprawia to jeszcze większą dozą tego ostatniego.

Dzięki takiemu ujęciu “Umbrella Academy” zdecydowanie zyskała na rozrywkowym charakterze, przykrywając przy okazji liczne, choć w gruncie rzeczy nieistotne niedociągnięcia. Pierwszy sezon to po prostu smakołyk, który nie każdemu przypadnie do gustu, ale tym, którzy zdecydują się na degustację, zapewni ciekawe doznania. Warto przy tym wspomnieć, że smakuje równie dobrze w całości, jak i podzielony na porcje, jeśli nie skończymy za jednym posiedzeniem. Blackman w kolejnym sezonie czerpie natomiast z dobrodziejstwa inwentarzu, niejako powielając sprawdzony przepis.

Co tym razem poszło nie tak?

Kadr z 2. sezonu serialu "Umbrella Academy", fot. Netflix
Kadr z 2. sezonu serialu “Umbrella Academy”, fot. Netflix

Finał pierwszego sezonu był dość dramatyczny, ale zwiastował dalszy rozwój wydarzeń – i tu możemy poczuć się lekko zaskoczeni. O ile bowiem Numer 5 ewakuował swoją rodzinkę tuż przed apokalipsą w 2019 roku, o tyle nikt raczej nie spodziewał się, że ta podąży za nimi do lat 60. Spokojnie, to nie spoiler – to zwykły zarys fabuły, który oferuje już sam zwiastun. Tym, co poszło nie tak, jest natomiast rozrzucenie członków Akademii w tym samym miejscu, ale w różnym czasie. Wszyscy docierają do Dallas: Klaus (razem z duchową postacią Bena) lądują tam w 1960; Allison w 1961; Luther w 1962; Diego 1 września 1963, a Vanya 12 października 1963. Prowodyr sytuacji, Piątka, dociera do Dallas 25 listopada 1963, czyli trzy dni po zabójstwie J. F. Kennedy’ego. Ku swojemu zaskoczeniu odkrywa wówczas, że z jakiegoś powodu i w tym świecie wydarzy się apokalipsa. Tym razem będzie to nuklearna zagłada.

Mamy więc swego rodzaju powtórkę z rozrywki, ponieważ Numer 5 ponownie musi się cofnąć, zebrać rodzinkę i zapobiec końcu świata. Zimnowojenny wątek to oczywiście tylko przykrywka, bo choć będzie tu trochę o polityce, to raczej niewiele. Sporo natomiast można powiedzieć o klimacie tamtych lat, bo ten wyszedł twórcom serialu bardzo dobrze. Nie zabrakło także wartościowych – co rzadkie w produkcjach Netflixa – odniesień do problemów Afroamerykanów i osób nieheteronormatywnych. Te zresztą wynikają bezpośrednio z czasów, w jakich wylądowali bohaterowie i doskonale pokazują, dlaczego te środowiska tak mocno walczą o swoje prawa. Wątki poboczne odstawmy jednak na bok. To raczej pokłosie rozlokowania członków Akademii Umbrella w Dallas na przestrzeni trzech lat – w końcu musieli jakoś żyć przez ten czas. Podoba mi się, że pomyślano o ukazaniu przynajmniej odrobiny tych samotnych losów każdego z nich.

Co tu dużo mówić – dawno nie bawiłem się tak dobrze

Klaus znalazł w latach 60. wielu przyjaciół (kadr z 2. sezonu "Umbrella Academy"), fot. Netflix
Klaus znalazł w latach 60. wielu przyjaciół (kadr z 2. sezonu “Umbrella Academy”), fot. Netflix

“Umbrella Academy” to serial, który potrafi bawić mimo zawiłości. Spotkałem się z komentarzami na temat pierwszej odsłony, sugerującymi fabularne przekombinowanie. Czy są słuszne? Może tak, może nie – odnoszę wrażenie, że to raczej zwykłe narzekanie osób, którym serial nie przypadł do gustu. To jednak nie “DARK”, gdzie każdy szczególik ma znaczenie i składa się na pieczołowicie przygotowaną otoczkę całej historii. Tutaj detale to smaczki dla spostrzegawczych, ale też bardzo luźne podejście do kwestii podróży w czasie. Zapewne można doszukiwać się w fabule głupotek, ale raczej nie ma to sensu. Sama historia rozwija zaś to, czego dowiedzieliśmy się w poprzednim sezonie. Nie musimy dzięki temu przechodzić przez dłużyzny, bo zarysy postaci już znamy. Poza wprowadzającym nas w nowe realia pierwszym odcinkiem poszerzamy naszą dotychczasową wiedzę na temat bohaterów.

Nie będzie zaskoczeniem, że kreacje Klausa (Robert Sheehan) i Piątki (Aidan Gallagher) to czyste złoto. Nawet nieco irytujące zachowania Luthera (Tom Hopper), Allison (Emmy Raver-Lampman) czy Diego (David Castañeda) mają jednak swoje uzasadnienie w psychologicznym zarysie tych postaci, ale też na kartach komiksu. Podobnie rzecz ma się z Ellen Page, wcielającą się w Vanyę, którą krytykowano za kiepską grę, podczas gdy ta gra była idealnie dopasowania do postaci. Słowem – pod względem aktorskim nadal jest dobrze i trudno się czegoś przyczepić. Sheehan świetnie wypada też w duecie z Justinem H. Minem (Ben – Klaus jest jednym, który widzi jego ducha). To zresztą główne źródło humorystycznych akcentów serialu i nadal nie zjada własnego ogona.

Doskonałą robotę wykonują też postaci drugoplanowe. Nowy sezon rzuca więcej światła na życie Sir Reginalda Hargreevesa (Colm Feore) – założyciela Akademii Umbrella. Nie zabraknie też problemów, jakie sprawiają rodzince wysłannicy Komisji. Co prawda brakuje trochę Cha-Chy i Hazela, ale pozostali przedstawiciele organizacji pilnującej porządku w czasoprzestrzeni dają radę. Doskonały powrót zalicza zresztą Herb (Ken Hall), który w drugim sezonie dostał nieco więcej czasu ekranowego.

Umówmy się, że “Umbrella Academy” nie jest dziełem wybitnym

Rodzinka w komplecie (kadr z 2. sezonu "Umbrella Academy"), fot. Netflix
Rodzinka w komplecie (kadr z 2. sezonu “Umbrella Academy”), fot. Netflix

Być może ten serial nie zapisze się w historii telewizji. To jednak nie przeszkadza, by się nim zachwycać! Chodzi przecież o rozrywkę, a tę produkcja zapewnia i to w dużej, mocno skondensowanej dawce. Nie jest oczywiście tak, że nie widzę jej wad.

Nic tak, jak drugi sezon, nie odpowiedziało mi dotąd na pytanie: dlaczego tak rzadko wykorzystuje się w filmach i serialach znane kawałki? Tutaj było ich wręcz za dużo – poczynając od “I Was Made For Loving You” KISS, poprzez “Crazy” Gnarlsa Barkleya (w wykonaniu Danieli Andrade) oraz “Hello” Adele (wykonane po szwedzku przez My Kullsvik), a na “Bad Guy” Billie Eilish (wyk. The Interrupters) kończąc. To nie tak, że te wykonania mi się nie spodobały. Chodzi raczej o to, że służyły jedynie jako tło dla sekwencji akcji. Zdecydowanie bardziej klimatyczne byłoby natomiast przywołanie muzyki z tamtego okresu.

Jakość efektów komputerowych momentami także pozostawia wiele do życzenia… Chociaż kiepskie tekstury krwi, odrealniające nieco ten absurdalny świat, można podciągnąć pod świadome nadanie komiksowej oprawy niektórym elementom. To jednak nie wpływa na ogólne wrażenie, że tych kilka godzin to po prostu przyjemna rozrywka. Nie bezrefleksyjna, bo mamy tu trochę scen dramatycznych, ale bez zbędnego rozkminiania tego, co się zobaczyło.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak wszystkich dotąd niezdecydowanych zachęcić – zarówno do obejrzenia serialu Netflixa; jak i lektury komiksu. Oryginały znajdziecie na stronie Dark Horse Comics (także w formie elektronicznej), natomiast polski przekład wydało Kboom. Na razie znajdziecie tam pierwszy i drugi tom, ale liczę, że trzeci pojawi się niedługo po anglojęzycznej premierze (17 września).

PS. We wstępie celowo wspomniałem więcej o komiksie niż serialu, bo to dość ważny wątek. Dwa tomy “The Umbrella Academy”, na których bazuje pierwszy i drugi sezon serialu, pochodzą jeszcze z ubiegłej dekady. Już w 2009 roku autor zapowiadał co prawda kolejną część, lecz by ją stworzyć, potrzebował mocnego kopniaka. Tym okazało się jednak dopiero zainteresowanie Netflixa. Zeszyty trzeciej odsłony zaczęły pojawiać się pod koniec 2018 i w przyszłym miesiącu ukażą się w tomie zbiorczym. To jednak nie wszystko! Dwa dni przed premierą drugiego sezonu Gerard Way zapowiedział kontynuację “The Umbrella Academy” oraz spin-off zatytułowany “You Look Like Death”. Jak można się domyślać, ten ostatni skupi się na Klausie. Podtytuł czwartego tomu brzmi natomiast “Sparrow Academy”. Łącząc to z otwartym zakończeniem drugiego sezonu oraz z faktem, że mimo pewnej powtarzalności formuła serialu nadal ma potencjał, nie widzę innej opcji niż powstanie trzeciego sezonu (a może i kolejnych).

Autor artykułu
More from Damian Halik

Polska produkcja wśród 100 najlepszych filmów XXI wieku

Dział kulturalny brytyjskiego "Guardiana" opublikował niedawno ranking 100 najlepszych filmów XXI wieku, kilkukrotnie decydując...
Czytaj wiecej