Una Notte a Napoli…

… a właściwie – dwie noce. Udałem się do Neapolu na pizzę. Przelot, noclegi i pizza (mówiąc ściśle - wiele pizz) kosztowały mnie tyle, co jeden posiłek we włoskiej knajpie w Oslo. Jest w tym coś perwersyjnego, czyż nie?

Do Neapolu dostać się jest łatwo, latają low-costy, teraz, poza sezonem ceny przelotów są bardzo atrakcyjne, a samo miasto – zarówno zakwaterowanie jak i jedzenie – jest dużo tańsze od Mediolanu, Rzymu, o Wenecji już nie wspominając. Owszem, może nie wszystko w Neapolu jest idealnie zorganizowane, może okolice dworca głównego nie są za specjalnie bezpieczne, ale właśnie dlatego Neapol jest fantastyczny, że niczego przed nikim nie udaje, mieszkańcy są serdeczni, pizza tania i najlepsza na świecie, pranie schnie na sznurach, o godzinę drogi od miasta pociągiem – do obowiązkowego zwiedzenia są Pompeje i Herkulanum, a na miłośników zakupów czekają centra wyprzedażowe.

Maria,

właścicielka apartamentu, który wynajmujemy, na buongiorno rzuca nam się na szyję i siarczyście całuje witając w Neapolu, cała zaś nasza rozmowa – przebiegająca w serdecznej atmosferze przyjaźni polsko-włoskiej – odbywa się za pośrednictwem Google Translate. Apartament ów znajduje się na Via Tribunali, najbardziej chyba znanej ulicy neapolitańskiej starówki, wąziutkim deptaku właściwie, z milionem knajpek i kramików, a w bocznych uliczkach, szerokości może Fiata 500, schną na sznurach kalesony i inna bielizna, co jest ikonicznym nieledwie widokiem Neapolu. No więc gubimy się gdzieś po tych uliczkach, zaglądamy (niechcący) neapolitańczykom do mieszkań, fotografujemy Madonny strzegące kamieniczek przed żywiołami, wraz z babinkami oglądamy i słuchamy głośno grających telewizorów. Słońce przez te wysokie budynki ledwie prześwituje, tworząc bajkową poświatę, jakby atmosferę nierzeczywistości z filmów Felliniego, jakby czas się tu zatrzymał w latach może 50-tych.

Pizza.

pochodzi z Neapolu. Do Da Michele, ponownie nie udało nam się wejść, gdyż skomplikowany system numerkowy i kolejka przed wejściem – mimo nieziemskich zapachów ze środka – zniechęciły nas do czekania. W środku standard jest raczej barowy, ciasno okropnie, lokal jest nastawiony na duży obrót, karta – bardzo skromna (po tym się poznaje dobrą pizzerię!), i – w zgodnej opinii całego świata – robią tam najlepszą pizzę na naszym ziemskim padole. Cóż, następnym razem. W pizzerii obok zjadłem 4 sery, były obłędne. Aha, pizza z ananasem jest we Włoszech nieznana, raczej potraktują nas jako niespełna rozumu, jeśli zażądamy hawajskiej, a pretekstem do przemocy fizycznej wobec klienta, jest prośba o sos pomidorowy. I piszę to najzupełniej serio.

Pompeje i Herkulaneum

Godzina jazdy pociągiem podmiejskim, niezbyt zresztą punktualnym. Wyobraźcie sobie upalne sierpniowe południe, ludzi pochłoniętych codziennością – gotowaniem obiadu, zajęciami gospodarskim itd. I nagle – słup ognia, gorąca lawa i toksyczne gazy wulkaniczne – zabijają całe miasto, zresztą – nakręcono tym setki filmów, wiadomo, jak było. Ale – „wiadomo” –  to jedno, a zobaczenie tego – to zupełnie co innego.  I o ile nie mam jakoś kontaktu metafizycznego z najstarszymi nawet ruinami świata, to spacer po Pompejach jest przeżyciem niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju, jest taką ilustracją twierdzenia, że jesteśmy (nomen omen) tylko pyłkiem na wietrze.

Ździebko bliżej Neapolu, nie wiem, czy nie jeszcze bardziej dojmujące miejsce, a z pewnością lepiej zachowane – Herkulaneum, otoczone przez budynki miasta współczesnego, z balkonami, na których schnie pranie, z kocurami wygrzewającymi się w lutowym słońcu, z zapachami gotującego się sosu do spaghetti. Wyobraziłem sobie mieszkańców, których znakomicie zachowane szczątki możemy zobaczyć (to akurat dość perwersyjna ekspozycja) którzy mówią do nas, do zwiedzających ich dawne domostwa – halo, jesteśmy tacy, jak wy, też suszyliśmy pranie i gotowaliśmy obiady, no, może do sąsiadki po sól trzeba było się wybrać osobiście, bo smartfonów jeszcze nie było…

A jak ktoś nie lubi wykopalisk, historii, mówiących wieków i przemyśleń o nietrwałości życia, niech się wybierze na Capri. Tam będzie miał pełnię życia w sensie dosłownym. Ja nie lubię tłumów, więc się na Capri nie wybrałem.

Zakupy

Trzeba raz na jakiś czas odświeżyć garderobę, prawda?  A nie ma to jak wyprzedaże we Włoszech. Owszem, niedaleko Neapolu jest duży outlet, ale zwracam Waszą uwagę na maleńkie outlety w dzielnicy Cappodichino, niedaleko lotniska, z pięknymi włoskimi rzeczami, od obuwia, przez koszule, akcesoria po kurtki. Dla pań, panów i dzieci. Trzeba grzebać, rzeczy są pojedyncze, ale trafiają się okazje nieprawdopodobne, do 90 %, okazało się już w kraju, w mojej redakcji zresztą, że koszula w grochy którą sobie sprawiłem za 9,99, jest niesłychanie modna.

Jak to podróże kształcą.

More from Rafał Turowski

Wassa Żeleznowa u Jaracza

Łódź jesienią jest szczególnie piękna, bo kolory kamienic z żółcią opadających liści...
Czytaj wiecej