“Velvet Buzzsaw” – tu farba miesza się z krwią [Recenzja]

Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – główny bohater "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – główny bohater "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Horror, w którym okrucieństwo świata sztuki przybiera fizyczną formę i obraca się przeciw chciwym tuzom tego środowiska? To musi być pozycja obowiązkowa dla osób na co dzień pomstujących na bezsensowność szeroko pojętej sztuki współczesnej! Rzeź na ekstrawaganckich artystach, jaką zdawał się szykować Dan Gilroy, przybrała jednak wyjątkowo dziwaczną formę. "Velvet Buzzsaw" okazał się bowiem mieszanką tylu stylów i motywów do tego stopnia zawiłych, że grzechem byłoby kategoryczne stwierdzenie, czy autor "Wolnego strzelca" zrobił to źle, czy dobrze – natomiast z pewnością wyszło intrygująco.

Machina Netflixa z roku na rok nabiera rozpędu, choć kierunek jej podróży zaczyna budzić uzasadnione wątpliwości wśród pasażerów. Recepta Reeda Hastingsa zdaje się prosta: jego serwis dawkuje nam coraz więcej produkcji o coraz pokaźniejszych budżetach. Przedkładanie ilości ponad jakość jest jednak dość ryzykowną zagrywką biznesową. Efekt? W natłoku tytułów kręconych na masową skalę coraz trudniej o pozycje naprawdę udane. Już na wstępie rozwieję więc wszelkie wątpliwości: “Velvet Buzzsaw”, który do biblioteki Netflixa trafił 1 lutego, na pewno nie stanowi bezsprzecznie wybitnej propozycji. Słowo “bezsprzecznie” jest tu natomiast kluczowe.

Po bardzo udanym, debiutanckim “Wolnym strzelcu” (2014) Dan Gilroy zebrał też sporo pochwał za dramat “Roman J. Israel, Esq.” (2017). W obu przypadkach odpowiadał on zarówno za scenariusz, jak i reżyserię, dlaczego więc miało nie udać się z “Velvet Buzzsaw”? Historia, jaką postanowił opowiedzieć, i ekipa, która miała mu w tym pomóc, robiły świetne pierwsze wrażenie. W rolach głównych zobaczyliśmy Jake’a Gyllenhaala, Rene Russo i Zawe Ashton. Swoje show zrobiła też Toni Collette, ale i reszta obsady dała radę. Ostatecznie jednak to właśnie główny bohater niesie “Velvet Buzzsaw” na swoich barkach.

Teatr jednego aktora

Rhodora Haze (Rene Russo) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Rhodora Haze (Rene Russo) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie “Velvet Buzzsaw”, fot. Netflix

Morf Vandewalt jest topowym krytykiem sztuki – facetem, od którego werdyktu zależy dalszy los dzieła i jego autora. Frywolność, z jaką Gyllenhaal wciela się w tę rolę, robi ogromne wrażenie. W jednej scenie widzimy, jak bezceremonialnie beszta jednego ze współczesnych artystów, w kolejnej po prostu siedzi nago w fotelu, publikując swe recenzje w internecie. W jeszcze innym ujęciu nie potrafi opanować zachwytu nad zobaczonym dziełem, wypowiadając przy tym znamienne słowa:

Krytyka jest tak ograniczająca i emocjonalnie wycieńczająca.

Gyllenhaala pełno tu na każdym kroku – a warto zwrócić uwagę, że ostatnie lata, mimo dziwnego doboru ról, to jeden z najlepszych okresów w jego karierze. Co w tym wszystkim najdziwniejsze, Morf nie traci na autentyczności nawet mimo tego, że od pierwszych sekund robi show w stylu gonzo, będąc postacią przerysowaną tak, jakby stworzył ją sam Hunter S. Thompson. I to jest okej! Pomimo tego humorystycznego podejścia do tematu, jest w słowach głównego bohatera “Velvet Buzzsaw” sporo prawdy. Cała jego kreacja jest gdzieś na pograniczu szczerego podziwu dla pracy artystycznej i kpiny ze świata sztuki.

Niestety Morf jest tylko jeden, a cała reszta (choć nie można odmówić im umiejętności) stanowi tylko tło. Rene Russo radzi sobie świetnie, choć jej rola niczym wielkim się nie wyróżnia. Ot, kolejna artystka, która porzuciła ideały dla pieniędzy. John Malkovich? Klasyk, jak sam John Malkovich – ale poza kilkoma trafnymi uwagami trudno mówić tu o wybitnej roli. Z całej ekipy jedynie Toni Collette zdaje się nadążać za Gyllenhaalem, choć to zasługa przede wszystkim losów jej postaci.

Sztuka dla sztuki?

Gretchen (Toni Collette) – jedna z bohaterek "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Gretchen (Toni Collette) – jedna z bohaterek “Velvet Buzzsaw”, fot. Netflix

Jak przyzwyczaiło nas do tego kino komercyjne, wysoki budżet i gwiazdorska obsada nigdy nie przesądzają o jakości filmu. Już samo spojrzenie pod tym kątem zdaje się jednak błędem – wszak “Velvet Buzzsaw” daleko do kinowej masówki. Wręcz przeciwnie, trzeci pełnometrażowy film Dana Gilroya to produkcja nie dla każdego, która już choćby samą tematyką wielu może odrzucić. Po seansie muszę jednak stwierdzić, że tematyka jest najmniejszym problemem tego filmu. Zdecydowanie zawodzi natomiast scenariusz, który – choć bierze na tapet ciekawe środowisko – właściwie nie zaskakuje niczym.

Dan Gilroy wyraźnie zagubił się w natłoku pomysłów, co w “Velvet Buzzsaw” chciałby nam pokazać. Wątki fabularne są na tyle mocne, by mówić o spójnej historii, ale też na tyle wątłe, by zarzucać im błahe podejście do tematu. Słowem: ciekawy świat, o którym opowiedziano nam w sposób powierzchowny. Nie sposób też nie zauważyć, że twórca filmu chyba bardziej skupił się na autoprezentacji, podkreśleniu swego kunsztu, sprawnego oka, otwartej głowy, niż na konstrukcji filmu, który spodoba się szerokiej widowni. Mordercze zapędy sztuki najlepiej wyglądają bowiem pod kątem wizualnym, ale już ich sensowność i sposób ukazania w “Velvet Buzzsaw” pozostawiają wiele do życzenia.

Im straszyć nie kazano

Gretchen (Toni Collette) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Gretchen (Toni Collette) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie “Velvet Buzzsaw”, fot. Netflix

Prawdopodobnie największym problemem “Velvet Buzzsaw” jest natomiast jego przynależność gatunkowa (albo jej brak). Sądząc po dość brutalnym zderzeniu z ocenami widowni [IMDb: 5,9/Filmweb: 5,6/Rotten Tomatoes: 41% (67%) – stan na 4.02.2019], po ociekającym farbą i krwią zwiastunie spodziewano się rasowego horroru. Rzecz jasna nie można filmu Gilroya oderwać od tego gatunku – w końcu jego główny motyw stanowią elementy nadprzyrodzone. W kwestii budowania atmosfery grozy poczyniono jednak wiele błędów. Można odnieść wrażenie, jak gdyby narastające napięcie co jakiś czas po prostu uchodziło gdzieś bokiem. Coś na kształt popularnego w ubiegłej dekadzie – wait for it –, które wrzucało się w połowie słowa… ale w “Velvet Buzzsaw” zapomniano o dopowiedzeniu jego drugiej części.

Jako horror nowy film Netflixa sprawdza się kiepsko. Nie straszy – ba, chyba nawet nie próbuje tego robić! Gilroy korzysta z nich tylko w celu podkręcenia wizualnych wrażeń i ponownego ukazania swego kunsztu. Motywy nadprzyrodzone wykorzystywane są natomiast trochę na modłę dickensowskiej “Opowieści wigilijnej”. Choć w końcowym rozrachunku można sprzeczać się co do klucza, według którego giną poszczególni bohaterowie, nie sposób odrzucić przeczucia, jakoby ich los łączył się z moralnością i sposobem, w jaki każde z nich podchodzi do sztuki. Zdecydowanie lepiej “Velvet Buzzsaw” wypada jako satyra na temat sztuki współczesnej i jej rzeczywistej wartości. Także w tym przypadku Gilroy bywa jednak nazbyt dosłowny jak w scenie wizytacji Jona Dondona (Tom Sturridge) w pracowni Piersa (John Malkovich). Zbyt dosłownie.

Josephina (Zawe Ashton) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie "Velvet Buzzsaw", fot. Netflix
Josephina (Zawe Ashton) i Morf Vandewalt (Jake Gyllenhaal) – bohaterowie “Velvet Buzzsaw”, fot. Netflix

Ostatecznie “Velvet Buzzsaw” pozostawia po sobie mieszane uczucia – od samego początku film epatuje dziwacznością, która nie pozwala jednoznacznie go ocenić. Z jednej strony widzimy tu intrygująca warstwę wizualną. Prezentowane dzieła sztuki są dopracowane, budzą emocje (zwłaszcza feralne obrazy Vetrila Dease’a). Wrażenie to podkreśla bardzo przemyślana praca kamery, która – momentami wręcz przesadnie – uszlachetnia obraz. Z drugiej natomiast trudno wizualnych smaczków nie uznać za próbę maskowania dość miałkiego scenariusza. O ile bowiem historia ma ogromny potencjał, o tyle jej ukazanie nie jest w najmniejszym stopniu czymś nowatorskim. Wręcz przeciwnie – Dan Gilroy zdaje się (celowo) operować schematami, jednocześnie wymykając im się w taki sposób, że… nie sposób z całą stanowczością stwierdzić, czy taki był jego cel, czy może to tylko wypadek przy pracy.

Jeśli szukacie prostych odpowiedzi, “Velvet Buzzsaw” raczej wam ich nie zaoferuje – zresztą moja recenzja też nie. Ocena tego filmu jest o tyle problematyczna, że trudno określić jego wartość na skali między złym a dobrym. Naturalną reakcją organizmu okazują się raczej rozważania nad jego artystyczną wartością. Gdybym miał wyrazić swój werdykt w postaci liczbowej, pewnie skończyłbym jak John Malkovich wodzący patykiem po piasku (zrozumiecie po seansie). Koniec końców sami musicie więc zdecydować, co artysta miał na myśli. Ja skłaniam się jednak ku temu, że “Velvet Buzzaw” powstało głównie w celu celebracji samego aktu twórczego.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Björk udostępniła klimatyczny klip do utworu “Notget”

Björk powraca i ma dla swoich fanów kolejną wycieczkę do świata wirtualnego....
Czytaj wiecej