Vox Lux – Natalie, tęskniłem za Tobą!

Nazwisko Natalie Portman zawsze wywołuje u mnie wypieki na twarzy i sprawia, że czym prędzej chcę wyruszyć do kina, by zobaczyć ją na ekranie. W chwil,i gdy zobaczyłem zwiastun „Vox Lux“, nowego filmu Brady’ego Corbeta, poczułem się zaintrygowany i sprawdzałem w kalendarzu, kiedy tytuł wchodzi do kin.

Dawno żaden seans nie dał mi tak mieszanych uczuć – od znudzenia i zniesmaczenia, po hipnotyczny zachwyt. Od pierwszych sekund filmu już wiedziałem, że czegoś takiego nie widziałem od przynajmniej wielu miesięcy. Zaczęło się od narratora, który przemówił głosem Willema Dafoe – tym samym pojawiła się myśl „będzie dobrze“. Po krótkim prologu zobaczyłem napisy początkowe, które równie dobrze mogłyby być końcowymi, a przynajmniej do tychże bardziej pasowała ich stylistyka.

Reżyser wyraźnie podzielił swój najnowszy film na akty, w których poznajemy historię Celeste i jej siostry Eleanor.

Są one wchodzącymi w show biznes młodymi dziewczynami. Obserwujemy, jak przechodzą przez ten dziwaczny świat i dorastają, jednocześnie się od siebie oddalając. Pierwsza połowa filmu to skupienie się na ich młodości i początkach kariery. Zwłaszcza dotyczy to Celeste, która jest tutaj główną bohaterką całej opowieści. W kolejnej części wchodzi Natalie Portman i wcale nie „cała na biało“, czyli taka, jaką lubimy najbardziej. Dokładnie do tego momentu nie czułem się zbytnio przyciągnięty przez Corbeta, ale dzięki Portman mogłem na nowo wejść w fabułę. Co więcej – gdyby pierwsza połowa była tak dobra jak druga, to mógłby to być jeden z najlepszych filmów pierwszego półrocza 2019.

Raffey Cassidy w filmie „Vox Lux“, dyst. M2 Films

Niestety jest to film bardzo nierówny. Widać tu bardzo mocno, że Corbet nie ma jeszcze dobrze wyrobionego warsztatu pisarskiego, choć absolutnie nie można tu powiedzieć o braku potencjału. Początek jest bardzo obiecujący, daje nam znać, że doświadczamy czegoś świeżego. W drugim akcie jednak reżyser nieco się gubi. Sam chyba do końca nie wie, co chce nam przekazać. Można odnieść wrażenie, że bardziej zależy mu na szokowaniu, niż faktycznym sensie opowieści. Sama strona wizualna jednak zaskakuje na plus, gdyż już sam obraz wskazuje nam na coś innego, z czym od jakiegoś czasu nie mieliśmy do czynienia – całość wygląda trochę jak nakręcona starą kamerą, a obraz momentami jest chaotyczny i nieostry.

Ścieżka dźwiękowa do filmu „Vox Lux”

W trzecim akcie, w którym to pojawia się Natalie Portman, obserwujemy upadek. Choć nie jestem do końca pewien, czy jest to odpowiednie słowo – „gwiazdka“ pop, która jest teraz dorosłą kobietą, z nastoletnią córką, sama będąca po przejściach, można by powiedzieć typowych dla „artystów“ jak ona: problemy z alkoholem, prawem czy narkotykami. Pomimo tego, że film nas już niczym nie jest tu w stanie zaskoczyć pod względem całej historii, to właśnie ta część jest najlepsza za sprawą głównej aktorki.

Portman zaskakuje tu naprawdę rewelacyjną formą, w jakiej nie widzieliśmy jej od czasu Czarnego łabędzia Darrena Aronofsky’ego.

W ostatnich latach było o niej dość cicho. Nie miała okazji nas zbytnio zachwycić (należy tu jednak przypomnieć Jackie z 2016 roku), ale tą rolą pokazała, jak piekielnie dobrą aktorką jest i że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Zdecydowanie nie. Wciąż potrafi wykrzesać olbrzymie ilości emocji, nawet z niezbyt dobrze napisanej roli. Oglądanie jej to prawdziwa przyjemność, a tutaj pokazuje również swój talent wokalny.

Natalie Portman w filmie „Vox Lux“, dyst. M2 Films

Na drugim planie panuje tu Jude Law, mówiący niskim głosem, którym hipnotyzuje nie tylko kobiety siedzące na sali kinowej. To aktor, dla którego zawsze warto kupić bilet, nawet jakby pojawiał się tylko w jednej scenie.

Muzyka jest dość ważnym elementem filmu. Nie tylko dlatego, że sama historia jest o siostrach działających w branży muzycznej, ale przede wszystkim dlatego, że jedną z producentek filmu i autorką piosenek jest tutaj Sia. Jak wiemy, to aktualnie jedna z najważniejszych kobiet w tym biznesie. Wkład producentki czuć tu bardzo wyraźnie za sprawą piosenek, które wykonują bohaterki. To dziwaczne utwory, wpadające jednak w ucho i mające swoje przesłanie – całość kryjąca się pod odrobiną kiczu. 

„Vox Lux“ miał szansę, by okrzyknięto go kultowym już na krótko po premierze. Jednak wiele niedociągnięć i nierówne tempo narracji mu to uniemożliwiły.

Wciąż jest to jednak film będący czymś świeżym. Momentami to pomieszaniem stylu Darrena Aronofsky’ego i Nicolasa Windinga Refna, ale bez tej całej audiowizualnej orgii. Mam wrażenie, że jeszcze możemy usłyszeć o Corbecie, a na jego następne filmy ludzie będą się ustawiać w kolejkach.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Powrót króla polskiej komedii

W latach osiemdziesiątych XX wieku stworzył 5 filmów. Każdy z nich stał...
Czytaj wiecej