“Roma” czy “Irlandczyk” – w czyje ślady pójdzie “Mank”?

Mank, 2020, David Fincher, Netflix
Kadr z filmu "Mank" (2020, reż. David Fincher), fot. Netflix
Netflix kontynuuje swój marsz ku nowej rzeczywistości filmowej... A przynajmniej mogłoby się tak wydawać. Nominacje do najważniejszych nagród dla produkcji spod znaku czerwonego N to dziś norma, choć jeszcze kilka lat temu budziły oburzenie hollywoodzkiej śmietanki – ale czy to prawdziwy wiatr zmian, czy może tylko sztuka łagodzenie napięć?

Chciałbym, by ten tekst dotyczył tylko i wyłącznie sztuki filmowej. Chciałbym pisać o kunszcie artystów, którzy tworzą niezapomniane dzieła, ale i ciężkiej pracy realizatorskiej ze strony całej ekipy. Rozpływać się nad nietypowymi rozwiązaniami, poruszaniem istotnych tematów i podejmowaniem odważnych decyzji – tak scenariuszowych, jak i reżyserskich. Czy nie takim rozważaniom powinien służyć sezon nagród? Rzeczywistość jest jednak nieco inna – zawsze była. “Mank” natomiast – czy jego twórca tego chce, czy nie – pisze kolejny rozdział pewnej historii tragiczno-romantycznej.

Historia nie do końca miłosna

Reed Hastings podczas jednej z konferencji, fot. Netflix
Reed Hastings podczas jednej z konferencji, fot. Netflix

Nie mam złudzeń, że Reed Hastings to w pierwszej kolejności wytrawny biznesmen, a dopiero w drugiej miłośnik filmu. Bez zamiłowania do kinematografii na pewnym etapie życia nie otworzyłby jednak wypożyczalni kaset. Ta z kolei nie rozrosłaby się do rozmiarów globalnego potentata streamingu internetowego. Odnoszę przy tym wrażenie, że dążenia szefa Netflixa są jakimś elementem biznesowo-sercowych rozterek. Z jednej strony łaknie on uznania przez tradycyjną konkurencję, dołączenia do hollywoodzkiej śmietanki; z drugiej zaś nieustannie zmierza do konfrontacji, narzucając kierunek i tempo zmian w filmowym świecie.

Wszyscy chyba pamiętamy zamieszanie – że posłużę się tym eufemizmem – do jakiego doszło w 2018 roku. To bodaj wtedy napięcia między Netflixem a filmowym światkiem przybrały najbardziej otwarty charakter. Z jednej strony szpilę serwisowi Hastingsa wbił wtedy choćby Steven Spielberg, umniejszając produkcjom N-ki, nazywając je filmami telewizyjnymi; z drugiej zupełnie na ostro do tematu podszedł Thierry Frémaux – dyrektor festiwalu filmowego w Cannes, który zwyczajnie zbanował produkcje Netflixa. Szefostwo platformy natomiast trochę się im odgrażało, wieszczyło rychły kres skostniałej elicie… I wszyscy w jakimś stopniu mieli rację.

Frémaux pokazał się z najgorszej strony, ale w myśl zasady dura lex, sed lex miał prawo skreślić z listy kandydatów filmy Netflixa. Kością niezgody była tu kwestia dystrybucji – mianowicie fakt, że filmy dopuszczane do festiwalu muszą być emitowane w kinach, a na jakichkolwiek nośnikach wydane najwcześniej po 36 miesiącach. Emisja w internecie została zaś uznana za współczesne DVD. Podobne problemy robiono serwisowi także w USA przy okazji Oscarów, choć tam poradzono sobie z obejściem przepisów. Efekty natomiast były dość szybkie – by wymienić tylko olbrzymi sukces “Romy” Alfonso Cuaróna.

Wiatr zmian

ROMA
Kadr z filmu “Roma” (2018, reż. Alfonso Cuarón), fot. Netflix

W 2018 roku Netflix w jakimś stopniu zdarł maski z twarzy przedstawicieli światowej kinematografii. Odarł ten magiczny, filmowy świat ze złudzeń dotyczących istoty artyzmu w sztuce filmowej, za co poniekąd płaci do dziś. Nie trudno więc uznać, że pewne ustępstwa w kolejnym sezonie nagród – zwłaszcza w kwestii Oscarów – był rodzajem gałązki oliwnej; próby łagodzenia konfliktu interesów. Serwis zresztą swoje już osiągnął, a z każdym kolejnym rokiem zdaje się coraz mocniej rozpychać łokciami w świecie wielkiego filmu. Pandemia jednoznacznie opowiedziała się natomiast po stronie nowoczesności: dystrybucji cyfrowej i dostępności z pominięciem tradycyjnego łańcucha dystrybucji. Doprowadziło to zresztą do konfliktów między sieciami kin a największymi studiami, ale po raz kolejny pokazało też, że można być bardziej liberalnym w podejściu do propozycji filmowych kandydujących do nagród.

Inną sprawą jest fakt, że serwis wydaje niebotyczne sumy na własne produkcje – niejednokrotnie zresztą przepłacając. Przy sporej dozie sarkazmu można by nawet stwierdzić, że w obliczu miliardowych nakładów siłą rzeczy coś musi im się czasem udać. Byłoby to jednak mocno krzywdzące stwierdzenie, bo widz śledzący poczynania platformy ma pewne pojęcie o jej działalności. Faktem jest, że zdecydowana większość lądujących tam produkcji nie ma szans na laury. Ich liczebna przewaga nad wartościowymi treściami jest druzgocąca, ale – z biznesowego punktu widzenia – uzasadniona. Tytułom, które mają brylować w sezonie nagród, towarzyszy natomiast zupełnie inna otoczka. Nie ma mowy, byśmy je przegapili w natłoku netflixowych premier – choćby ze względu na nazwiska.

“Mank” – jak w zeszłym roku “Irlandczyk”, a przed dwoma laty “Roma” – jest właśnie taką produkcją. Tytułem skrojonym pod nagrody, choć niepozbawionym mankamentów. Największym, o czym mogliście przeczytać w recenzji, jest aż nadto pisarska forma prowadzenia narracji. David Fincher filmem tym wystawił jednak niebywałą laurkę swojemu zmarłemu ojcu, który był autorem scenariusza. Nic więc dziwnego, że nie dopuścił się znaczących ingerencji w tę warstwę. Ani realizacji, ani aktorstwu nie można natomiast zbyt wiele zarzucić. A na poparcie tej tezy warto przywołać nominacje do Złotych Globów oraz Critics’ Choice, które zwykle dość trafnie typują najmocniejszych kandydatów w wyścigu Oscarowym. Pod tym względem “Mank” naprawdę bryluje, ale…

Nagroda nagrodzie nierówna – nominacja tym bardziej

Kunszt Rodrigo Prieto jest widoczny w niemal każdym ujęciu (w kadrze Joe Pesci i Robert De Niro), fot. Netflix
Joe Pesci i Robert De Niro w filmie “Irlandczyk” (2019, reż. Martin Scorsese), fot. Netflix

Oczywiście każdy, kto znajdzie się na świeczniku, zarzeka się, że już sam ten fakt jest dla niego wyróżnieniem. Nagrody to tylko dodatek. Kto jednak, będąc tak blisko sukcesu, nie poczuje tego bolesnego ukłucia, gdy szansa ucieknie mu sprzed nosa? Nie ma chyba lepszego obrazka, by to opisać, niż moment odczytywania werdyktu w kategorii Najlepszy aktor pierwszoplanowy podczas gali oscarowej w 2015 roku. Jak dziś pamiętam Michaela Keatona pospiesznie chowającego trzymaną już w dłoni przemowę. Jego rola w “Birdmanie” była wybitna, on sam najpewniej zdążył już uwierzyć w płynące zewsząd głosy o murowanym Oscarze. Statuetka powędrowała jednak do Eddiego Redmayne’a – ale wspomniany moment został przez kamery uchwycony i zapisał się w historii. Ostatecznie natomiast każdy, kto już zostanie zaproszony do Dolby Theatre, jest tam w jednym celu. Im więcej ma się nominacji, tym boleśniejszy może być ten wieczór.

“Irlandczyk” jest pod tym względem najboleśniejszą porażką – tak Netflixa, jak i Martina Scorsesego, który zabierał się do realizacji tego filmu naprawdę długo. Obraz o malowaniu ścian był nominowany do kilkudziesięciu nagród, ale otrzymane statuetki można by podliczyć na palcach dwóch rąk. W samym Critics’ Choice film Scorsesego nominowano w czternastu kategoriach – wygrał w jednej. BAFTA? Dziesięć szans i żadnego trafienia. Złote Globy? Okrągłe zero statuetek z pięciu możliwych. Biorąc więc poprawkę na te rozstrzygnięcia, trudno było się spodziewać olbrzymich sukcesów podczas gali oscarowej. Same nominacje, a było ich aż dziesięć, należało więc za takowy sukces uznać.

To sytuacja zgoła odmienna od tej, w jakiej rok wcześniej była “Roma”. Goya, Camerimage, Złoty Lew i Nagroda Specjalna SIGNIS w Wenecji, dwa Złote Globy (z trzech), cztery statuetki BAFTA (z siedmiu szans), również cztery wygrane w Critics’ Choice (z ośmiu). Inaczej wyglądał więc wieczór, gdy pośród dziesięciu nominacji do Oscarów, nazwisko Alfonso Cuaróna wyczytano aż trzykrotnie.

W czyje ślady pójdzie “Mank”?

Mank, David Fincher, Gary Oldman, Herman Mankiewicz, Netlix
Kadr z filmu “Mank” (2020, reż. David Fincher) – Gary Oldman jako Herman Mankiewicz, fot. Netflix

Na obronę “Irlandczyka” można by przytoczyć naprawdę mocne wejście “Parasite’a” Joon-ho Bonga. Triumfu koreańskiej produkcji przecież nikt się nie spodziewał. Inna sprawa, że Scorsesemu wysłano mocny sygnał – lubimy twoje filmy, ale to już nie to samo, co kiedyś. I choć obejrzałem jego netflixową produkcję z równie wielkim namaszczeniem, co starsze dzieła, trudno mi się nie zgodzić z tą decyzją. Nawet “Historia małżeńska” niosła w zeszłorocznej edycji większy ładunek emocjonalny, mocniejsze przesłanie i co najmniej równoważne – choć zupełnie odmienne – walory artystyczne.

Pod tym względem “Mank” jest niejako na rozstaju – z jednej strony artystycznie bliżej mu do “Romy”, z drugiej ma jednak wadę, która prawdopodobnie pogrążyła “Irlandczyka”. To nie tyle dzieło niosące pewne przesłanie, ile hołd. Być może fakt, że David Fincher składa go ojcu, a nie samemu sobie, jak Scorsese, podziała na jego korzyść. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że laurki nie są zbyt często kandydatami do laurów.

Wiem, że wybrałem sobie dziwny moment na te dywagacje – wszak Oscarowe nominacje poznamy dopiero 15 marca. Na razie Akademia powoli odkrywa karty, dzieląc się shortlistami w mniej emocjonujących kategoriach (“Mank” już tu wymieniany jest w trzech z dziewięciu przypadków). Trudno jednak nie szukać porównań, gdy pojawiają się pewne sygnały, że może nas czekać powtórka z rozrywki.

“Mank” dostał już choćby nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Los Angeles za najlepszą scenografię i nominację dla Gary’ego Oldmana od Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych. O jego sile w potencjalnych zmaganiach o najważniejsze z wyróżnień świadczą jednak nominacje do Złotych Globów (sześć) i Critics’ Choice (dwanaście). W obu przypadkach tytuł nominowano do najlepszego dramatu (Globy)/filmu (CC) oraz zwrócono uwagę na kreacje Gary’ego Oldmana i Amandy Seyfried. Pokrywają się także nominacje dla Davida (reżyseria) i Jacka (scenariusz) Fincherów oraz Atticusa Rossa i Trenta Reznora (muzyka). Dodatkowo Critics’ Choice doceniło: scenografię (Donald Graham Burt, Jan Pascale); kostiumy (Trish Summerville); zdjęcia (Erik Messerschmidt); montaż (Kirk Baxter), efekty specjalne oraz charakteryzację i fryzury.

Mank, David Fincher, Arliss Howard, Ferdinand Kingsley, Netlix
Kadr z filmu “Mank” (2020, reż. David Fincher) – Arliss Howard jako Louis B. Mayer i Ferdinand Kingsley jako Irving Thalberg, fot. Netlix

Kontynuując konwencję porównawczą, sprawa wygląda więc obiecująco. “Mank” – przynajmniej liczbą szans – już góruje nad “Romą” i “Irlandczykiem”. Ten sezon jest zresztą rekordowy dla Netflixa pod względem nominacji – ustaliliśmy jednak, że to wygrana, nie sam udział, liczy się najbardziej. A ponieważ wskazania Critics’ Choice często trafnie potrafią prognozować wybory oscarowe – zapowiada się ciekawa rywalizacja. Po piętach filmowi Finchera depcze bowiem “Minari” (dziesięć nominacji) – rzecz o amerykańskim śnie z perspektywy koreańskiej rodziny. Podkreślenie zupełnie nieprzypadkowe.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Japońska kultura ukryta w detalach Lexusa UX

Bogactwo japońskiej kultury i płynących z niej tradycji nie mogły nie wpłynąć...
Czytaj wiecej