“W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” – jeszcze brawura czy już głupota? [Recenzja]

Sierżant Waldek, Andrzej Grabowski, W lesie dziś nie zaśnie nikt 2, Bartosz M. Kowalski, Akson Studio, Netflix
Sierżant Waldek (Andrzej Grabowski) w trakcie wizji lokalnej na miejscu zbrodni – kadr z "W lesie dziś nie zaśnie nikt 2" (reż. Bartosz M. Kowalski, 2021), fot. Akson Studio/Netflix
Zbliża się Halloween, co oczywiście oznacza wysyp filmów kina grozy, a że od zeszłego roku jesteśmy dumnymi posiadaczami "pierwszego polskiego slashera", nie powinno dziwić, że jego kontynuacja – "W lesie dziś nie zaśnie nikt 2" – jest jedną z najgłośniejszych premier tego tygodnia.

Czego by nie mówić o “W lesie dziś nie zaśnie nikt”, film był hitem… marca 2020. Dziwacznie spóźniona premiera, bo przecież przywykliśmy do horrorowego przełomu października i listopada, niemal została storpedowana przez pandemię. Niemal, bo twórcom filmu przygotowywanego z myślą o kinie w sukurs przyszedł Netflix. Obie strony najwidoczniej były zadowolone z tej niespodziewanej współpracy. Półtora roku później otrzymaliśmy bowiem – już jak się należy, tuż przed Halloween – kontynuację. Niezależnie od tego, czy podobała wam się pierwsza część, “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” może was jednak wprawić w zakłopotanie.

Drugi polski slasher – to już nie brzmi tak dumnie

W lesie dziś nie zaśnie nikt, Julia Wieniawa, Akson Studio, Netflix
Klimatyczna scena z pierwszego “W lesie dziś nie zaśnie nikt” (reż. Bartosz M. Kowalski, 2020), fot. Akson Studio/Netflix

Zwykliśmy dzielić kino na to rozrywkowe i to artystyczne. Prosta sprawa. Kino gatunkowe jest natomiast pochodną obu tych głównych kategorii. Z jednej strony jest to bowiem mocno osadzona w gatunkowej konwencji rozrywka niewymagająca zbyt wiele myślenia od widowni. Z drugiej zaś pole do popisu dla samoświadomych twórców-artystów, którzy w tej niepozornej formie nieraz są w stanie zabłysnąć koncepcją bądź metahumorem. Problem z “W lesie dziś nie zaśnie nikt” był natomiast taki, że Bartosz M. Kowalski (reżyseria i scenariusz) i Mirella Zaradkiewicz (scenariusz) za mocno skupili się na pierwszym polskim slasherze, a za mało na własnej koncepcji.

I nie zrozumcie mnie źle – to był niezły slasher. Mocne 5/10. Krwawy, przewidywalny, jak z listą w ręku odhaczający wyznaczniki gatunku. Nie zabrakło też odrobiny metahumoru. Moim zdaniem największą wadą produkcji były jednak niewykorzystane okazje do zaskoczenia widza – a tych nie brakowało. Od początku do końca szliśmy jednak wedle utartych jeszcze w latach 80. schematów. Co gorsza – wiele osób broniło tego niezbyt wyróżniającego się tytułu samym faktem, że jest to pierwszy taki tytuł polskiej produkcji. Po seansie drugiej części nawet im tego podejścia zazdroszczę.

“W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” jest bezpośrednią kontynuacją pierwszej części, ale…

Adaś, Mateusz Więcławek, W lesie dziś nie zaśnie nikt 2, Bartosz M. Kowalski, Akson Studio, Netflix
Adaś (Mateusz Więcławek) – główny bohater “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” w scenie otwierającej film, fot. Akson Studio/Netflix

Akcja rozpoczyna się o poranku – tuż po tym, jak grana przez Julię Wieniawę Zosia ucieka potworom. I już tutaj dostrzegam pierwszą niewykorzystaną okazję kontynuacji. Przed seansem odświeżyłem sobie bowiem pierwszą część i dostrzegłem rzecz, na którą pierwotnie nie zwróciłem uwagi – niebiesko-czerwone rozbłyski widziane z wnętrza domu przez jednego z potworów. To zakończenie, które daje nam możliwość rozpoczęcia kolejnej części dosłownie w tym samym momencie – tyle że z perspektywy policjantów przed domem. No ale nie.

Zamiast gładkiego przejścia twórcy tym razem zdecydowali się na senną sekwencję z Adasiem (Mateusz Więcławek) w roli głównej. Chłopak wyśnił sobie, że jest amerykańskim policjantem rodem z kina lat 80. i ratuje z rąk wampirów koleżankę z pracy – Wanessę (Zofia Wichłacz), w której się podkochuje. Scena od początku do końca jest przerysowana do granic możliwości, po czym chłopak się budzi i pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze – zahukanego aspiranta z wiejskiego komisariatu.

Adaś, Mateusz Więcławek, W lesie dziś nie zaśnie nikt 2, Akson Studio, Netflix
Adaś (Mateusz Więcławek) w prawdziwym świecie, fot. Akson Studio/Netflix

Gdy Adaś dociera do pracy, sierżant Waldek (Andrzej Grabowski) relacjonuje mu wydarzenia z nocy, przy okazji przypominając co nieco widzom, którzy nie zdecydowali się na odświeżenie sobie pierwszej części. Tu też spotykamy Zosię zamkniętą w celi oraz… jej oprawców siedzących w celi obok. W “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” mamy więc znaczące przeniesienie akcentów i uczynienie z wydarzeń oraz głównej bohaterki pierwszej części jedynie tła. I akcja początkowo rzeczywiście wygląda obiecująco.

“W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” nie spełnia tytularnej obietnicy

Sławek, Robert Wabich, Mariusz, Sebastian Stankiewicz, Adaś, Mateusz Więcławek, Wanessa, Zofia Wichłacz, Akson Studio, Netflix
Terytorialsi Sławek (Robert Wabich) i Mariusz (Sebastian Stankiewicz), w tle Adaś (Mateusz Więcławek) i Wanessa (Zofia Wichłacz), fot. Akson Studio/Netflix

Film trwa nieco ponad półtorej godziny, z czego pierwszych pięćdziesiąt pięć minut jest typowym slasherem. Pojawiają się także pewne lokalne akcenty – jak podpici terytorialsi, których poznaliśmy już w pierwszej części. Mariusz (Sebastian Stankiewicz) i Sławek (Robert Wabich) rzeczywiście robią robotę. Wprowadzają do filmu sporo – przewidywalnego, ale jednak – humoru, dając Adasiowi i Wanessie tło dla ich napiętej relacji. Wiecie, ona – twarda babka i policjanta z krwi i kości; on – fajtłapa bojący się własnego cienia.

W pewnym momencie Bartosz M. Kowalski zupełnie zmienia jednak perspektywę, z jakiej obserwujemy wydarzenia. To nie ludzie, a potwory zaczynają prowadzić narrację. Stają się głównymi bohaterami w metahumorystyczny sposób wyśmiewającymi czy to motywacje typowych horrorowych złoczyńców, czy też w nad wyraz ludzki sposób tłumaczącymi sobie, dlaczego zabijają. I to naprawdę mogło zażreć. Tak, jak pierwsza część wydawała się nadmiernie kontrolowaną przez bojącego się eksperymentów producenta, tak przy “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” ewidentnie puściły wszelkie hamulce.

W lesie dziś nie zaśnie nikt 2, Bartosz M. Kowalski, Akson Studio, Netflix
W slasherze nie mogło zabraknąć intymnych scen – kadr z “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2”, fot. Akson Studio/Netflix

Problem polega na tym, że o ile sama decyzja jest mocno brawurowa, o tyle całej sekwencji już tej brawury brakuje. Żart z gatunkowych schematów poszedł tu zdecydowanie za daleko. Mógł zaskoczyć, następnie rozbawić, ale po kolejnych kilkunastu minutach zwyczajnie zaczął nużyć. Twórcy tymczasem ciągnęli go przeszło pół godziny! Tej części filmu zdecydowanie zabrakło tempa i tak ważnej dla slasherów dynamiki. Tak, jak zwykle czeka się na to, kto umrze kolejny (lub komu uda się ujść z życiem), tak tutaj wyczekiwałem przede wszystkim zakończenia tej farsy.

Myślę, że pytanie postawione przeze mnie w tytule równie dobrze obrazuje problemy nieracjonalnych decyzji zwykle oglądanych w tego typu filmach, co realizację twórczych założeń autorów “W lesie dziś nie zaśnie nikt 2”. Zabawne jest natomiast to, że po seansie rzeczywiście przez dłuższą chwilę nie mogłem zasnąć. Nie przez strach czy emocje, lecz na skutek nurtującego pytania: co ja właściwie obejrzałem?

Oczywiście jak to w przypadku kina gatunkowego bywa – zdania co do artystycznych decyzji twórców będą zapewne podzielone. Doceniam ten własny pierwiastek, jaki Kowalski włożył do filmu. Widać tu sporą dozę niebanalnej wrażliwości, której przecież nie spodziewalibyśmy się po slasherze. Forma podania jest jednak mocno niestrawna przez swą przeciągłość i niepotrzebne silenie się na metę w mecie. Co za dużo, to niezdrowo – a szkoda. Zamiast pastiszu otrzymaliśmy bowiem nieintencjonalny paszkwil. Twórca niezwykle zachowawczego pierwszego polskiego slashera najwidoczniej zachłysnął się wolnością, jaką przy kontynuacji otrzymał od producentów.

Autor artykułu
More from Damian Halik

W lutym Banksy zawita do Polski

Warszawa znalazła się na trasie międzynarodowej wystawy "The Art of Banksy. Without Limits", która...
Czytaj wiecej