Weekend w…

Miałem dylemat, czy przypadkiem Grodno nie jest za mało ekskluzywnym miejscem do prezentacji na łamach Exumaga. Ale po konsultacjach uznałem, że ktoś, kto się wybiera do naszych wschodnich sąsiadów na wycieczkę, musi mieć ekskluzywną i fantazję, i wyobraźnię.

Bo choć to bliziutko, tuż za miedzą, to jeszcze trzeba na taki pomysł wpaść, sprawnie go wcielić w życie, oraz – mieć siłę na odpór światu zdziwionemu, że jedziemy „do Ruskich”.

Ostatni raz byłem w Grodnie 20 lat temu. Miasto jest nie do poznania. Co prawda pewne rzeczy zmianie nie uległy – jak na przykład nazwy ulic (główna to wciąż Sowiecka, a ulic Dzierżyńskiego są aż trzy), ale gdyby te nazwy ulic przykryć i spróbować spojrzeć na tenże główny deptak obiektywnie, to bylibyśmy zdziwieni, jak (zachodnio)europejskie to miejsce. No więc ta Sowiecka tętni życiem, knajpa na knajpie, z piciem, jedzeniem, otwartymi do późna sklepami. To jest jedyne na Białorusi Stare Miasto, zadbane i czyste, aż dziw jak czyste.

Nie będę przecież pisał o zabytkach, a jest ich wiele. Bo jak ktoś lubi kościoły, to sobie zwiedzi i katolickie, i prawosławne, jak ktoś muzea – to są i z obrazami, i z żelazkami (sic!), a jak ktoś szuka ducha tego czasu, który od nas już uciekł, a który w Grodnie wciąż jest – niech przyjedzie 1 maja, to zobaczy prawdziwy pochód. Spytałem jedną panią czy udział obowiązkowy. Nie! Sami chcemy! – odpowiedziała. I były występy grup śpiewających muzykę ludową, i piknik i wszystko. Jakoś było mi z tym pochodem jednak niekomfortowo, bo pamiętam jednak niefakultatywność udziału w tych imprezach dawno temu u nas, ale zauważmy, że poza tym hm… eventem – wszystkie sklepy w mieście były czynne. Więc Białorusini Święto Pracy spędzali jednak w znacznej części pracując.

A poza tym – szukając czegoś, czego u nas już nie ma – jak się wraca z cmentarza, gdzie jest pochowana m.in. Eliza Orzeszkowa, wzdłuż Niemna, w kierunku torów, zobaczyłem taki zielony domek, przed którym rosło dorodne stado tulipanów, a babula myła okno. Nic takiego w sumie i u nas domki i tulipany, ale jakoś tak dziwnie się zrobiło, jak zaciągając ze wschodnia – po zrobieniu zdjęcia jej sadyby i podziękowaniu za zawracanie głowy – babula powiedziała: częściej do nas przyjeżdżajcie, częściej. A wy skąd? Ach, z samej Warszawy? Jak daleko, przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie…

No dobrze. Grodno ma także oczywiście współczesną twarz, blokowiska grodzieńskie nie różnią się specjalnie od polskich, poza tym może, że są lepiej utrzymane i czystsze (sic!). Są centra handlowe ze znakomicie zaopatrzonymi supermarketami, są sklepy firmowe branż, z których Białoruś jest dumna – kosmetykami i bielizną, naprawdę fajną. Kupiłem sobie koszulkę z napisem Mińsk, bardzo ładną, ponad 14 rubli, więc wcale nie mało. Majty tańsze, ale też sexy. Bardzo piękne i niedrogie są wyroby ze szkła z miejscowej huty, można je obejrzeć i kupić w dwóch sklepach fabrycznych, pyszne są także białoruskie słodycze. I wszędzie, WSZĘDZIE można płacić kartami kredytowymi. Natomiast nie spotkałem kantorów, wydaje mi się, że wymiany walut można dokonać tylko w banku. Tak, złotówki są przyjmowane równie chętnie jak euro czy dolary.

Wypożyczyliśmy rowery. Nie była to jakoś specjalnie tania przyjemność, w każdym razie – w porównaniu z Warszawą. I pojechaliśmy do parku Pyszki, w którym Unia Europejska (tak!) zbudowała piękną ścieżkę rowerową wzdłuż Niemna, a tam – gdzie nie zbudowała – są ścieżki bez asfaltu, po których się jeździ równie przyjemnie. Wszystko odpowiednio oznakowane, z miejscami do odpoczynku, piękne sztuczne jezioro Sinka o sinej, a raczej turkusowej wodzie, kilka uzdrowisk (tak, Grodno jest kurortem), oraz – do niedawna jedyny na Białorusi pięciogwiazdkowy hotel – Kronon Park, zdecydowanie dla wyższej klasy średniej, zjedliśmy zestaw lanczowy w lokalnej restauracji, było to nieziemsko dobre i dość tanie (18 rubli). A propos hoteli. Tych w Grodnie brakuje, dlatego istniejące są absurdalnie drogie. Ale są i hostele, i prywatne kwatery i akademiki i sanatoria. Jak ktoś zechce – z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Grodno jest dziś bliżej niż kiedyś, bo nie potrzebujemy wizy, o ile nasz pobyt nie przekroczy pięciu dni i o ile nie zamierzamy się poza okolice miasta wypuszczać. Mapa terenu „bezwizowego” jest dostępna w Internecie. Trzeba oczywiście mieć ważny paszport, ubezpieczenie (ważne) oraz – specjalny dokument, jakby przepustkę, którą za niewielką opłatą możemy sobie wyrobić za pośrednictwem internetowych biur podróży. Do Grodna raz dziennie jeździ pociąg z Krakowa i Warszawy, oraz szczególnie z Białegostoku – bardzo często kursują różnej maści busy i busiki. Można też pojechać własnym autem, ale widok kolejek i jakiegoś takiego rwetesu na przejściu granicznym w Kuźnicy jakoś mnie do tego zniechęcił.

Jedźcie więc czym lubicie, ale się wybierzcie. Naprawdę warto.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

KAPELUSZ CAŁY W CZEREŚNIACH – Oriana Fallaci, Wydawnictwo Literackie

Na zimowe wakacje wziąłem do czytania książkę, o której pisał Twardoch w...
Czytaj wiecej