“Welfare Jazz” – Viagra Boys opowiadają o niechęci do buntu

Viagra Boys, Welfare Jazz, Year0001
Viagra Boys – "Welfare Jazz", fot. Year0001
Szwedzka formacja postpunkowa opowiada historię specyficznego rodzaju syndromu sztokholmskiego. Zrodzony w realiach późnego kapitalizmu stan polega na czerpaniu przyjemności z biernej postawy wobec szkaradności dnia codziennego.

Viagra Boys to zespół, którego frywolna nazwa jest zupełnie nieprzypadkowa. Szwedzcy postpunkowcy opisują rzeczywistość przy pomocy rubasznej satyry i nie cofają się przed niczym, by ich ostry dowcip trafił słuchacza prosto w czoło. “Welfare Jazz” to drugi album w dorobku ekipy ze Sztokholmu. Ponieważ nie różni się on zbytnio od wydanego trzy lata temu debiutu, możemy założyć, że tym skandynawskim dżentelmenom zależy na spójnej myśli przewodniej ich dzieł.

Następca płyty “Street Worms” odtwarza przepis na idealny współczesny punk-rock

Przebojowe intro do najnowszej płyty Viagra Boys (prod. Year0001)

“Welfare Jazz” oferuje proste melodie uzupełnione paradoksem frontmana o stereotypowo męskiej chrypie, nabijającego się z patriarchalnych rekwizytów (patrz też: IDLES). Podmiotem lirycznym większości piosenek jest facet, który w archetypie hollywoodzkiego twardziela znajduje sposób na życie. Zachowuje się jak stały bywalec pubów organizujących maratony z wczesnymi filmami o Jamesie Bondzie.

W otwierającym krążek “Ain’t Nice” Sebastian Murphy śpiewa” “If you don’t like it/Baby, see you later”, a w utworze “Toad” zaciąga pseudobluesową manierą: “I don’t need no woman telling me/When to go to bed and brush my teeth”. Wokalista kreuje postać gościa mającego obsesję na punkcie własnej niezależności. To ktoś, kto w groteskowy sposób broni wizji nieugiętości, zwracając się do otoczenia w stylu niedojrzałego nastolatka. Każdy gest bohatera tego krążka nosi w sobie znamiona kompleksu nowoczesnego samca alfa.

Viagra Boys, portretując dzisiejszą toksyczną męskość, równocześnie szkicują jednak nieco bardziej uniwersalną wizję. Sugerują, że żyjemy w świecie zdefiniowanym przez absolutną niewykonalność prawdziwego buntu.

Takiego buntu, który rzeczywiście zrobiłby krzywdę celebrującemu stagnację systemowi. Niemożność wywołania realnej rewolucji wynika z wręcz masochistycznego komfortu codziennych, nieistotnych minirebelii. Wspomniana wcześniej prezentacja testosteronowej mocy jest perfekcyjnym przykładem takiej błahej rewolty. Oto jednostka całkowicie przygnieciona wpływami uprzywilejowanych elit, desperacko poszukuje choćby okruszków niezależności. Odkrywa je w wizerunku twardziela, któremu co prawda zabrano perspektywę stabilnej egzystencji, ale za to przyznano możliwość kreowania pozorów własnej bezkompromisowości.

Viagra Boys, Instagram
Viagra Boys, fot. Instagram

Cały album obfituje w odniesienia do hedonistycznego stylu życia. Mamy tu mnóstwo nawiązań do aktywności kojarzących się z kulturą pubową. Narracja prowadzona przez Murphy’ego przywodzi na myśl codzienne konwersacje grupki kumpli spotykających się w ulubionym barze. Chodzą tam, by ponarzekać i w tym narzekaniu widzą kwintesencję własnej wolności. Zrzędzą na temat swoich relacji z żonami albo dziewczynami, często posługując się dość szowinistyczną retoryką. Jednak niekoniecznie robią to z nikczemnych, mizoginistycznych pobudek. Raczej usiłują wyrazić frustrację interpretacją roli ojca albo męża, forsowaną przez teraźniejsze realia. Zewsząd słyszą, że wartość ich człowieczeństwa określa status materialny, a ilość ciężko przepracowanych godzin tworzy nową definicję godności. Nie widzą dla siebie miejsca w świecie cynicznie eksploatującym kliszę mężczyzny-chlebodawcy. Nie potrafią też wyobrazić sobie radykalnej alternatywy. Jedynym rozwiązaniem tej sytuacji pozostaje więc bezpieczna bierność.

“Welfare Jazz” to kronika losów sfrustrowanych mężczyzn, którzy rozleniwiają się, zamiast działać

Viagra Boys w towarzystwie synthpopowych inspiracji

Są rozczarowani standardem życia zagwarantowanym przez rozmaitych możnowładców, ale nie potrafią efektywnie spożytkować własnego gniewu. Satysfakcję dają im okazjonalne spóźnienia do pracy, pokazywanie muskułów przed partnerkami życiowymi, czy ucieczka w kolorowe uniwersum nietrzeźwości. Męska nieudolność funkcjonuje na tej płycie jako metafora nieporadności całego społeczeństwa.

Nowy album Viagra Boys tak naprawdę opowiada zarówno o kobietach, jak i mężczyznach. Dotyczy klasy robotniczej i ofiar korporacyjnych umów śmieciowych. W istocie wszyscy przypominamy bohaterów tych piosenek. Nawet jeśli nie wypatrujemy iluzji autonomii na dnie puszki piwa, to wyszukujemy ją na przykład na Twitterze. Tam również bawimy się w efektowne prężenie bicepsów, z którego nic nie wynika.  

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Julek Ploski przedstawia niemożliwy do zaszufladkowania album “Śpie”

Muzyka młodego producenta wyraża lęki społeczeństwa spędzającego pół życia przed ekranem komputera.
Czytaj wiecej