“What’s Your Pleasure?” od Jessie Ware to perfekcyjny album popowy

Jessie Ware – "What's Your Pleasure?", fot. Interscope
Jessie Ware – "What's Your Pleasure?", fot. Interscope
Brakuje Wam solidnej porcji poptymizmu? Jessie Ware o Was zadba! Jej najnowszy krążek sprawi, że od razu zapragniecie teleportować się na plan "Gorączki sobotniej nocy".

Celem większości artystów jest znalezienie panaceum na codzienność. Niektórzy odnajdują je w celebracji sztuki zaangażowanej. Głośno komentują rzeczywistość i mają bezpośredni wpływ na społeczno-polityczny dyskurs. Ich bezkompromisowość wpływa na wymowę utworów, które żonglują skrajnymi nastrojami, często ciężkostrawnymi dla wrażliwszych odbiorców. Inni oswajają dzień powszedni, stosując całkowicie przeciwną taktykę. Zamiast stawiać jej czoła, kreują swoją własną. Pozwalają słuchaczom zamknąć oczy i przenieść się do alternatywnych uniwersów, fikcyjnych, lecz (jeśli są zręcznie skonstruowane) zupełnie namacalnych. To taki rodzaj twórczości, który przypomina słodki sen przykrywający odcienie szarości egzystencji.

Jedno jest pewne – Jessie Ware wyznaje tę drugą filozofię. Czwarty album Brytyjki jest bowiem rozczulającym hołdem złożonym muzyce disco, czyli najbardziej idyllicznemu gatunkowi w historii.

Tytułowy utwór z najnowszej płyty Jessie Ware

“What’s Your Pleasure?” udowadnia, że rzeczywiście istnieje perfekcyjna płyta poptymistyczna. Zawiera ona dwanaście precyzyjnie przyrządzonych piosenek (robota m.in. Jamesa Forda znanego z projektu Simian Mobile Disco), z których co najmniej połowa zdradza olbrzymi potencjał singlowy. Co więcej, nawet te mniej spektakularne melodie są na tyle urokliwe, że trudno nazwać je wypełniaczami (jak barokowa ballada “Remember Where You Are” albo aksamitnie funkowy numer “Read My Lips”).

Siła rozhulanego disco od Pani Ware tkwi w repetycji oraz prostocie. Kompozycje zwykle trwają więcej niż cztery minuty, ale nigdy nie dogadzają formalnymi akrobacjami. Zamiast stylistycznych popisów dostajemy nieskomplikowane, zapętlone struktury, skutecznie wprowadzające w stan rozkosznej hipnozy. Osobliwe uczucie towarzyszące odsłuchowi można porównać do surrealistycznej imprezy odbywającej się w naszych głowach. Czas staje w miejscu, wszelkie obawy i wątpliwości przestają mieć znaczenie, a jedyne co nas obchodzi to trwanie w dźwiękowym błogostanie. 

Mamy tu do czynienia z estetyką retro w opcji konserwatywnej

Utwór wieńczący nową płytę

W przeciwieństwie do innych reprezentantów nurtu nu-disco Jessie Ware nie unowocześnia wiekowych patentów. Podaje estetykę sprzed dekad na surowo, bezgranicznie wierząc w siłę nagiego brzmienia. Zamiast jak Dua Lipa tuningować gatunkowe klisze, celebruje ich wdzięk, a nawet docenia przytulną banalność. Dzięki bezpretensjonalnemu podejściu do materiału źródłowego unika pułapki pastiszowego cynizmu. Właśnie takie albumy mają szansę burzyć post-ironiczne mury stawiane przez nowoczesną kulturę masową.

“What’s Your Pleasure?” to po prostu znakomity popowy album. Nieprzekombinowany, porywający i mocno przebojowy. Oczywiście jego aranżacyjna bezbłędność nie zostawia miejsca na niespodzianki. Trudno jednak oczekiwać eksperymentów od współczesnej adaptacji dorobku Donny Summer. Powinniśmy więc przymknąć oko na kompozycyjną przewidywalność i dać się zaprosić do tańca. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Kobiety przejmują amerykański hip-hop

Kobiety już nie są postaciami drugoplanowymi amerykańskiego hip-hopu. Obecnie to właśnie one...
Czytaj wiecej