“Wiedźmin” – prawem niespodzianki… [Recenzja]

Henry Cavill jako tytułowy wiedźmin – Geralt z Rivii, fot. Netflix
Henry Cavill jako tytułowy wiedźmin – Geralt z Rivii, fot. Netflix
Wiele było obaw o ten projekt – najbardziej zagorzali fani twórczości Andrzeja Sapkowskiego od momentu ogłoszenia planów adaptacji nie byli zadowoleni z tego, że to właśnie Netflix będzie za nią odpowiedzialny. Obawiano się zamerykanizowania historii, zbędnych zmian wynikających z tak zwanej "poprawności politycznej" czy spłycenia opowieści o świecie pełnym potworów. Po seansie wiem jedno – niezależnie od tego, jak dobry jest ten serial, zwolennicy netflixowego "Wieśka" i ich oponenci dostali wiele argumentów do długich dyskusji.

Kto by pomyślał, że znana w wiedźmińskim świecie fraza “Dasz mi to, co masz, a o czym jeszcze nie wiesz” może mieć zastosowanie także do serialu. “Wiedźmin” Netflixa od początku obarczony był sporym ryzykiem – jedni widzieli w nim potencjalnego następcę “Gry o tron”, drudzy zwiastowali katastrofę. Lauren Schmidt Hissrich, która tworzyła adaptację prozy Andrzeja Sapkowskiego, nie miała łatwo – ale i sama sobie życia nie ułatwiała. Wręcz przeciwnie, sprawnie podgrzewano atmosferę, a dyskusje na temat serialu trwały, zanim jeszcze aktorzy pojawili się na planie… I jeszcze trochę potrwają, bo to, co zaprezentowano 20 grudnia, zdecydowanie bardziej dzieli niż łączy (i nie ma w tym niczego złego).

“Wiedźmin” urzeka klimatem, choć malkontenci mają się do czego doczepić

Scena otwierająca serial "Wiedźmin" – walka Geralta z Kikimorą, fot. Netflix
Scena otwierająca serial “Wiedźmin” – walka Geralta z Kikimorą, fot. Netflix

Przyznam, że o ile “Wiedźmina” wyczekiwałem z niecierpliwością, o tyle nie miałem wobec produkcji Netflixa większych oczekiwań. Nie chodzi o to, że wątpiłem w ewentualny sukces – to raczej kwestia bezpiecznego dystansu. Brak oczekiwań to brak rozczarowania, za to szansa na pozytywne zaskoczenie. I w gruncie rzeczy tak właśnie było, choć już w scenie otwarcia nieco nadszarpnięto zaufanie widzów.

Nasze pierwsze spotkanie z Geraltem ma miejsce na mokradłach, w mrocznym lesie, gdzie główny bohater walczy z potworem. O ile design stworzenia, walka czy klimat tego miejsca wyglądały bardzo zachęcająco, o tyle niuanse podawały w wątpliwość logikę twórców. Oto bowiem widzimy taflę wody, spod której nagle wyłania się Geralt w objęciach przeszło dwumetrowej kikimory, po czym okazuje się, że… wody jest po kolana. Głupota, powiecie, niepotrzebnie się czepiam – a ja nie zaprzeczę. Celowo mówię jednak o tej scenie, ponieważ to bodaj największa z głupot, jakie popełniono – potem jest już tylko lepiej, choć błędy zdarzają się choćby w scenach batalistycznych.

Pierwszy odcinek urzeka jeszcze jednym – wyjątkowym na tle całego sezonu klimatem. Jest mrok, nie ma miejsca na wiedźmiński humor (którego później jest całkiem sporo), za to w bardzo klarowny sposób (acz nie łopatologicznie) wykładane są nam zasady gry. To tu dowiadujemy się, dlaczego Geralta zwano Rzeźnikiem z Blaviken; jaki jest jego stosunek do “mniejszego zła” czy wreszcie – na jaki sposób narracji zdecydowali się twórcy.

Hissrich z Sapkowskim pod rękę

Pojedynek Renfri (Millie Brady) z Geraltem (Henry Cavill), fot. Netflix
Pojedynek Renfri (Millie Brady) z Geraltem (Henry Cavill), fot. Netflix

Odwieczny spór fanów gier CD Projektu i książek Andrzeja Sapkowskiego w serialu raczej nie wystąpi. Hitowe produkcje polskiego studia zawsze żyły własnym życiem, podczas gdy Lauren S. Hissrich bazuje bezpośrednio na prozie “Sapka”. Kością niezgody może być słowiański klimat, którym epatowały gry, a wbrew pozorom w książkach jest go jak na lekarstwo. W serialu także. Stwierdzenie, że “zamerykanizowano polską opowieść” byłoby jednak dużą przesadą. Najbliższe temu są (wcale nie takie złe) pieśni Jaskra, które z powodzeniem można by przypisać disneyowskiej produkcji. Nie wpływa to jednak jakoś drastycznie na nastrój. “Wiedźmin” Netflixa silnie osadzony jest w średniowiecznych klimatach, ale to wciąż świat fantasy. Sam autor wielokrotnie podkreślał, że celowo zdecydował się na zdawkowe opisy, by nie detale świata przedstawionego, lecz historie spisane na kartach powieści, zajmowały czytelnika.

Anya Chalotra jako Yennefer z Vengerbergu, fot. Netflix
Anya Chalotra jako Yennefer z Vengerbergu, fot. Netflix

Idąc tym tropem, twórcy serialu pozwolili sobie na sporo zmian – tyczy się to zwłaszcza doboru aktorów. Wiadomo, że największym problemem będą tu postaci Triss i Yennefer, których wizerunek mocno odbiega od tego, jaki już wykreowano w popkulturze. O ile ta druga broni się brawurową grą Anyi Chalotry, o tyle pierwsza (grana przez Annę Shaffer) zwyczajnie przepada nawet na tle mniej istotnych postaci. Jak na razie niewiele można natomiast powiedzieć o Ciri… Freya Allan mimo niewielkiego doświadczenia jest po prostu dobra, ale jej postać odgrywa póki co rolę czysto symboliczną.

Wbrew pozorom świetnie wypada natomiast Henry Cavill.

Henry Cavill jako Geralt z Rivii (kadr z pierwszego odcinka serialu "Wiedźmin"), fot. Netflix
Henry Cavill jako Geralt z Rivii (kadr z pierwszego odcinka serialu “Wiedźmin”), fot. Netflix

Wielu obawiało się, że jego muskulatura czy przystojna facjata nie do końca pasują do żylastego, prowadzącego tułacze życie Geralta. Cavill mocno jednak wczuł się w swoją postać. Jest małomówny, co rusz rzuca wymownymi spojrzeniami, czasem nawet cierpkim żartem, a przy tym pomrukuje w posępny sposób, zamiast wdawać się w dyskusje. A gdy do jego aktorstwa dodamy polski dubbing, Brytyjczyk o głosie Michała Żebrowskiego z miejsca staje się bardziej “swojski”.

Aktorstwo to jedno, ale i przemiał jest tu spory. Poza najistotniejszymi postaciami wiele interesujących ról po prostu miga nam w trakcie tych ośmiu godzinnych odcinków. Hissrich zdecydowała, że narracja będzie wydzielona konkretnymi opowieściami z książek Sapkowskiego, które niejako mają nas wprowadzić w klimat uniwersum. Niektóre aż chciałoby się zgłębić, ale koniec odcinka zamyka temat, pozostawiając jedynie wątki główne, które stale splatają losy poszczególnych bohaterów. Poza niedosytem związanym z tym, że mówimy o zaledwie ośmiu odcinkach, trudno przyczepić się do sposobu, w jaki ożywają historie napisane przez Andrzeja Sapkowskiego. Jest w tym pomysł, a plątanie różnych linii czasowych pobudza szare komórki do pracy.

Prawem niespodzianki… “Wiedźmin” okazał się niezłym serialem

Zacząłem od prawa niespodzianki, jako że jest ono niezwykle istotnym elementem w świecie wiedźmińskim. Kto zna “Wiedźmina”, temu tłumaczenie nie jest potrzebne. Kto nie zna – dowie się wszystkiego w trakcie serialu. Sęk w tym, że Hissrich potraktowała je jako zamiennik przeznaczenia, które stale obecne jest w życiu serialowych postaci. Do znudzenia powtarzane są słowa, że ktoś jest czyimś przeznaczeniem. Momentami zaburza to odbiór, niejako traktując widza z wyższością, jak gdyby motyw był trudny do wychwycenia. Nie jest. Podobnie zresztą działają retrospektywy, które w ostatnich odcinkach pojawiają się w formie irytujących migawek i powielonych (w głowach bohaterów) dialogów. Pomijając jednak te przesadne starania o jak najjaśniejsze wytłumaczenie widzom, co się dzieje, Lauren S. Hissrich dała nam to, co miała, a o czym jeszcze nie wiedziała – materiał na wielosezonowy hit.

Umówmy się, że to, co na razie prezentuje nam “Wiedźmin” Netflixa, to jedynie wstęp do większej opowieści. Pierwszy sezon – jak zawsze – musiał być nieco zachowawczy, by zaprezentować postaci, wątki i świat przedstawiony niezaznajomionej z twórczością Sapkowskiego widowni.

Bez wątpienia można było z tego wycisnąć znacznie więcej i mam nadzieję, że właśnie temu posłużą kolejne sezony. Showrunnerka w wywiadach dawała do zrozumienia, że myśli o siedmiu seriach. Sama chyba nie zdawała sobie jednak sprawy z potencjału prozy Andrzeja Sapkowskiego. Na razie jesteśmy pewni, że poznamy dalsze losy Geralta z Rivii. Oby przy tej okazji zdecydowano się na odważniejsze poczynania zwłaszcza w warstwie narracyjnej. O ile bowiem taka konstrukcja pierwszego sezonu nie dziwi, o tyle jej powielenie w kolejnych odsłonach wypadnie bardzo blado.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Roboty firmy Postmates wyjadą na ulice San Francisco

Urocze ze względu na swój design i niewielkie rozmiary roboty dostawcze Serve,...
Czytaj wiecej