Jak zostałem pogromcą potworów (na ćwierć etatu)

Leszy, Spokko
Fot. Spokko
Premiera nowej wiedźmińskiej gry z pewnością nie umknęła uwadze fanów uniwersum, choć zapewne woleliby pełnoprawnego RPG-a na PC niż łudząco podobną do innych mobilniaków grę AR. I ja sięgnąłem po dwa miecze, by sprawdzić, jak wyglądają potwory w rzeczywistości rozszerzonej.

Za grę “Wiedźmin: Pogromca potworów” odpowiada specjalizujące się w grach mobilnych studio Spokko. Należy ono do rodziny CD Projektu i – pół żartem, pół serio – dopełniło rodzinnej tradycji już na starcie. Tysiące fanów od rana 21 lipca okupowało stronę aplikacji w sklepie Google. Pobrań było naprawdę sporo, lecz tylko szczęśliwcom udało się stworzyć konto. Ba, ci, którzy jakimś cudem uruchomili grę, z miejsca otrzymywali 40. poziom. Większość musiała jednak uzbroić się w cierpliwość, na ekranie ładowania wyświetlał się bowiem komunikat o przerwie technicznej – tę kilkukrotnie przesuwano. Ostatecznie ruszyliśmy na przygodę o 16:00.

Słowem: trudny początek

Wiedźmin: Pogromca potworów
Komunikat o przerwie technicznej w dniu premiery (screenshot z gry)

Żartym żartami, ale gdy serwery ruszyły na dobre, w końcu mogliśmy sprawdzić, z czym to się je. Oczywiście “Wiedźmin: Pogromca potworów” z racji na formułę rozgrywki już od pierwszej zapowiedzi porównywany był do “Pokemon GO”. Hegemon gier AR i prawdziwy fenomen, który na początku lipca świętował piątą rocznicę premiery, to jednak rywal tylko teoretyczny. Owszem, gracze PoGO od razu zauważą podobieństwa i kolejne, odkrywane z czasem mechaniki bez trudu przyporządkują temu, co znają z gry o kieszonkowych potworkach. Dokładnie tak samo było z “Harrym Potterem: Wizards Unite” (tu akurat bez zaskoczenia – autorami są twórcy “Pokemon GO”) czy z dziesiątkami AR-owych klonów o dowolnej tematyce. Porównania nie mają jednak większego sensu – podobieństwo mechanik nie definiuje przecież tożsamości tytułu.

Świetny ekwipunek na dobry początek, Wiedźmin: Pogromca potworów
Świetny ekwipunek na dobry początek (screenshot z gry)

Początek mojej osobistej przygody wiedźmińskiej był tyleż przyjemny, że mogłem rozpocząć ją w domu. Nie wiem, na jakiej zasadzie działa rozmieszczenie spawn pointów w grze, ale najwidoczniej algorytm mnie lubi, bo kilku z nich sięgam bez wychodzenia z mieszkania. To jednak radość, która nie trwa zbyt długo. Pokonanie każdej bestii poza punktami doświadczenia daje nam też pewną liczbę surowców. Te zaś wykorzystujemy do wytwarzania olejów, eliksirów czy petard, bez których nie poradzimy sobie z silniejszymi potworami.

Na moje nieszczęście nie miałem jednak dostępu do ziół i korzeni, które także są niezbędne do wytwarzania wspomnianych przedmiotów. Miejsce w ekwipunku kurczyło się natomiast niemiłosiernie. Tymczasem już po ubiciu kilku potworów i wbiciu bodajże trzeciego poziomu Spokko wyciągnęło do mnie pomocną dłoń – mogłem o to za jedyne 23,99 zł zakupić świetny ekwipunek na dobry początek. Pakiet startowy zawierał liczne oleje i eliksiry, petardy i kilka zwojów, ale też dwa stanowiska alchemiczne (to dzięki nim wytwarzamy przedmioty) i – co najważniejsze – wiedźmiński miecz srebrny.

Każdy wiedźmin ma dwa miecze

To o tyle istotne, że w momencie rozpoczęcia gry – i wbrew powszechnej wiedzy o wiedźmińskim fachu – otrzymywaliśmy jedynie wiedźmiński miecz stalowy. Dodatkowo gracze, którzy założyli konta w pierwszym tygodniu, otrzymali stalowy miecz z Kaer Morhen. Niby były więc dwa, ale tego samego typu – różnił je tylko bonus do XP-a, jaki dawał drugi z wymienionych mieczy. Warto w tym miejscu przywołać słynny cytat z “Chrztu ognia” – Każdy wiedźmin ma dwa miecze. Nieżyczliwi mawiają, że ten srebrny jest na potwory, a ten z żelaza na ludzi. To oczywiście nieprawda. – bo oba są na potwory. My tymczasem dysponowaliśmy jedynie stalowym.

To oczywiście wzmagało myśl o zainwestowaniu w pakiet startowy, nawet jeśli uznałem to za próbę dość agresywnej monetyzacji. Niestety właśnie taka jest rzeczywistość gier mobilnych. Zaglądając jednak do sklepu, dostrzegłem też kilka innych problemów – na czele ze wspomnianym już ekwipunkiem. Bez jego powiększenia możemy pomarzyć o dynamicznej rozgrywce. Chcąc walczyć z mocniejszymi potworami, potrzebujemy bowiem sprzętu, ten zaś należy wytwarzać po zebraniu odpowiedniej liczby składników. Na te z kolei mamy dość ograniczone miejsce – czyżby więc dobra zabawa skrywała się za paywallem?

Wiem, jak to brzmi, ale mimo wszystko “Wiedźmin: Pogromca potworów” to przyjemna gra!

Ekonomia rozgrywki wyraźnie kuleje – to jednak tylko kolejne wyzwanie, które przecież nie powinno być straszne pogromcy potworów! Wiadomo, że wiedźmini nie śmierdzieli groszem, ale gracze po prostu mają wybór. Mogą w iście RPG-owym stylu mozolnie rozbudowywać swoją postać lub lekką ręką zainwestować kilkaset złotych, by odblokować maksymalny ekwipunek oraz lepsze zbroje i miecze. Uczulam zwłaszcza osoby, które chcą pójść tą drugą drogą – dostęp do wszystkiego wcale nie musi oznaczać przyjemniejszej rozgrywki.

Ogólnie rzecz biorąc “Wiedźmin: Pogromca potworów” jest – zwłaszcza jak na mobilne standardy – grą dość wymagającą. Nie chodzi o bezrefleksyjne klikanie w ekran, trudno też o sukces, jeśli nie przemyślimy swoich ruchów. Widać to szczególnie podczas potyczek z silniejszymi przeciwnikami, którzy nie wybaczają błędów. Każdy z potworów – a na razie w bestiariuszu mamy ich sto dwadzieścia osiem (sześćdziesiąt jeden pospolitych; czterdzieści jeden rzadki i dwadzieścia sześć legendarnych) – jest wrażliwy na określony typ cięcia (szybkie/silne) i rodzaj oręża (miecz stalowy lub srebrny); niektóre posiadają też dodatkowe słabości. Naszą rolą jest nauczenie się odpowiedniego parowania ich ataków i takiego doboru ekwipunku, by móc je pokonać.

Taka forma rozgrywki już na starcie sprawia, że spora część graczy zwyczajnie odbije się od tego tytułu – fani będą jednak ukontentowani. Nie ma więc tego złego, bo choć można by poprawić ekonomię, można ją też potraktować jako kolejny element fabularny wiedźmińskiej przygody. Wymagające myślenia zarządzanie zasobami to przecież istotny element RPG-owości.

W mobilnym “Wiedźminie” widzę jeszcze jeden problem: Oczekiwanie na odpowiedź serwera

Oczekiwanie na odpowiedź serwera, Wiedźmin: Pogromca potworów
Oczekiwanie na odpowiedź serwera (screenshoty z gry)

Dość często pojawiający się wizerunek goniącego za własnym ogonem węża okraszony Oczekiwanie na odpowiedź serwera może napsuć krwi. Najczęściej widywałem go podczas wczytywania gry, choć i w trakcie rozgrywki nie był rzadkością. Najgorzej, gdy przytrafiał się podczas walki z kimś silniejszym – dobrane oleje i eliksiry przepadały bowiem bezpowrotnie. Problem najpewniej wynika z przeciążenia serwerów, więc nie pozostaje nic innego, jak zrestartować grę, ciesząc się, że wzbudziła takie zainteresowanie. Warto wspomnieć, że po tygodniu od premiery liczba graczy, którzy pobrali grę ze sklepu Google (brak danych dotyczących Apple’a) przekroczyła milion. Gra zarobiła w tym czasie przeszło pół miliarda dolarów! To zresztą zupełnie mnie nie dziwi.

Na koniec zostawiłem bowiem najważniejsze – fabułę. Tuż po rozpoczęciu gry poznajemy Thorsteina – młodego handlarza, który potrzebuje naszej pomocy. By namierzyć stwora, który go zaatakował, zabierając dobytek, przyszło mi przejść przeszło dwa kilometry, po czym musiałem zmierzyć się z gryfem. Gdy następnego dnia spojrzałem na mapę, nie powiem, miałem pietra. Kolejne zadanie było umiejscowione w taki sposób, jak gdyby stanowiło kontynuację pierwszego – musiałem więc raz jeszcze przejść tę samą trasę, a potem ruszyć dalej – w dość gęsty las. Moje obawy dotyczyły natomiast tego, że właściwie… dochodziłem do granicy cywilizacji. Dalej czekał mnie już tylko las i obwodnica miasta.

Na szczęście kolejne zadania były już jednak oderwane od tego – całkiem przyjemnego – wstępu fabularnego. Thorstein i nasza relacja z nim dość mocno przypominają utrapienie, jakie Geralt miał z Jaskrem. Mamy więc i puszczenie oka do fanów. Cała otoczka jest natomiast największym wyróżnikiem tej gry – bo to właśnie fabuła nadaje sensu i celowości naszym działaniom, a że bywa przewrotna, przekonacie się w trakcie gry. Co więcej, podobno – tak przynajmniej zapewniają deweloperzy ze Spokko – nasze wybory będą miały znaczenie w dłuższej perspektywie.

“Wiedźmin: Pogromca potworów: zaskakująco dobrze paruje uderzające porównania z “Pokemon GO”

W grze na pozór dzieje się niewiele – ot, bieganie z mieczem (lub dwoma) za potworami i zbieranie ziół. Gdy jednak dotrzemy do punktu ze zleceniem, nagle pojawiają się przebłyski z pełnoprawnej serii wiedźmińskich gier – fabule nie brakuje zaskakujących momentów; fanów z pewnością zadowoli też podobny humor. Może nie jest to rzecz do codziennej aktywności w nieskończoność, ale potrafi wciągnąć i posyłając nas od punktu do punktu pożreć sporo czasu – spędzonego na bieganiu za potworami bez żalu.

Co ważne, dzieje się nie tylko w miastach – to najczęstszy problem gier w rzeczywistości rozszerzonej. Miałem jednak okazję sprawdzić, jak wygląda mapa poza gęściej zaludnionymi terenami – potworów jest oczywiście mniej, ale różnica nie jest znacząca. W terenach wiejski pojawiają się też Nemetony i zadania – niczego zatem nie tracimy, a możemy zyskać. Dość duży nacisk położono bowiem na różnicowanie fauny – w zależności od pogody i ukształtowania terenu spotkamy innych przeciwników.

Po nieco ponad tygodniu od premiery mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że choć pozornie podobny, “Wiedźmin: Pogromca potworów” jest grą o zupełnie innej charakterystyce. Czy lepszą? Zdecydowanie unikałbym tego typu wartościujących porównań – te gry zbyt wiele dzieli. W jednym z wywiadów twórcy tytułu zdradzili zresztą, że rozwój fabularny może przybrać formę sezonową. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by po skończeniu danej historii odpocząć od machania mieczem i wrócić, gdy pojawi się nowa zawartość. To zdrowy kierunek. W “Pokemon GO” nie sposób robić sobie przerw, bo zwyczajnie omija nas sporo zabawy – tu zresztą fabuła też istnieje, ale w przeciwieństwie do “Wiedźmina” nie ma znaczenia i mało kogo interesuje.

Mam przeczucie graniczące z pewnością, że najwięksi fani nie pożałują nawet minuty zabawy w wiedźmińskim świecie. Jedynym problemem może być czas – a właściwie jego brak.

Wirtualna rozgrywka nawet w świecie rzeczywistym to wciąż tylko rozrywka, zatem trzeba wybierać, komu odda się swój czas. Nie wyobrażam sobie, gdy osoba aktywnie grająca w “Pokemon GO” porzuciła ten tytuł na rzecz jakiejkolwiek innej gry – “Wiedźmin: Pogromca potworów” może więc mieć problem z utrzymaniem zainteresowania. Jeśli jednak nacisk położony zostanie na jakość treści, a nie przykuwanie uwagi na jak najdłuższy czas, problem kolidowania tych tytułów znika.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Vasser Sullivan dominuje na torze w Watkins Glen

Zespoły zmagające się w IMSA WeatherTech SportsCar Championship spędziły ostatnie dwa weekendy...
Czytaj wiecej