YouTube miał ratować internet, ale kto uratuje YouTube’a?

"Ten film wideo jest niedostępny w Twoim kraju", fot. YouTube
"Ten film wideo jest niedostępny w Twoim kraju", fot. YouTube
Niemal każdy użytkownik internetu drży na dźwięk słów "ACTA2". Unijna dyrektywa ws. praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (która z ACTA nie ma nic wspólnego) odbiła się głośnym echem wśród internetowej społeczności, a jednym z największych jej przeciwników był YouTube. Każdy, kto uwierzył w płomienne mowy prezes Susan Wojcicki, powinien jednak zacząć od sprawdzenia, jak jej serwis traktuje tych, których rzekomo broni. Przykład? Ostatnio jeden z Youtuberów otrzymał roszczenia dotyczące praw autorskich do... jego własnego głosu.

Oczywiście przykład vlogera kryjącego się za nickiem SmellyOctopus można uznać za wyjątek, ewenement, wypadek przy pracy… Nie od dziś wiadomo jednak, że co jak co, ale kwestie finansów związanych z działalnością za pośrednictwem YouTube’a są tematem dość drażliwym. Monetyzacja treści z różnych względów jest najzwyczajniej w świecie ograniczana. Narzeka na to wiele gwiazd serwisu, ale zaraz – przecież YouTube ma wspierać przede wszystkim maluczkich… Prawda? Nic bardziej mylnego.

Akcja #SaveYourInternet, fot. YouTube
Akcja #SaveYourInternet, fot. YouTube

Sprawa jest stosunkowo prosta: kiedy jesteś molochem, dzierżącym w ręku władzę nad ogromnym kawałkiem internetu, łatwo możesz swą władzę wykorzystać. Tylko od ciebie zależy, w jaki sposób to uczynisz. Sądząc po trwających w ostatnich miesiącach walkach o “wolny internet”, YouTube chciałby uratować Europejczyków przed skutkami niesławnej dyrektywy Unii Europejskiej. Kwestią drugorzędną jest w tym przypadku fakt, że tak naprawdę serwis walczy nie o swoich użytkowników, lecz o własne wpływy. Google nie od dziś słynie z niesamowicie skutecznego lobbingu. W ostatnich miesiącach internetowy gigant zaczął jednak tracić grunt pod nogami. Ostatecznym aktem desperacji była więc zmasowana kampania #SaveYourInternet, która podjudzała lęki związane ze zmianami w prawie. Trzeba jednak przyznać, że kto jak kto, ale YouTube i Google na cenzurze oraz interesach wielkich spółek znają się najlepiej.

Abstrahując od tego, czy artykuły 11 i 13 wspomnianej dyrektywy rzeczywiście są w interesie medialnych gigantów, a nie małych twórców – ci ostatni jeszcze przed zmianami nie mają w serwisie zarządzanym przez Susan Wojcicki łatwego życia.

Ten algorytm jest pisany dla pieniędzy…

Youtuber SmellyOctopus, który otrzymał roszczenia co do praw autorskich własnego głosu, fot. YouTube
Youtuber SmellyOctopus, który otrzymał roszczenia co do praw autorskich własnego głosu, fot. YouTube

YouTube od dawna uskutecznia pewne formy cenzury – zdejmowanie filmów lub blokowanie ich monetyzacji to najpopularniejsze metody. Nie ma jednak niczego gorszego niż konieczność oddawania zysków z własnej twórczości osobom trzecim. Tu natomiast wychodzi hipokryzja pani Wojcicki. Prezes reprezentująca medialnego giganta, w ramach swojego serwisu innym gigantom wyraźnie pomaga, a tym biednym, pokrzywdzonym przez Unię Europejską twórcom… podkłada nogi. Pamiętna jest batalia Sebastiana Tomczaka – naukowca specjalizującego się w muzyce eksperymentalnej. W zeszłym roku YouTube odebrał mu prawa do nagrania… szumu białego. Teraz serwis posunął się o krok dalej i uznał za zasadne roszczenia dotyczące głosu YouTubera.

Brzmi to niedorzecznie, ale tak: YouTube uznał, że głos SmellyOctopus – dosłownie – nie należy do niego. Chodzi o krótki fragment filmu, w którego trakcie vloger testuje swój nowy mikrofon. Nie ma tam ani muzyki w tle, ani obrazu, więc roszczenie może dotyczyć jedynie głosu. Po nagłośnieniu sprawy za pośrednictwem Twittera YouTube przeprosił, zwalając winę na… błąd systemu. W rzeczy samej roszczenie nie wyszło od firmy, której przypisano prawa do głosu Youtubera, lecz zostało wystosowane przez Content ID, ale przeprosiny nie załatwiają sprawy.

SmellyOctopus ma zaledwie 21 000 subskrybentów, ale streaming jest jego pracą na pełny etat. Tego typu sytuacje – w największym uproszczeniu – odbierają mu natomiast przychód ze swojej działalności. I gdzie ten wolny internet?

Problemem jest system weryfikacji filmów na YouTubie, od dawna budzący spore kontrowersje. Platforma – z uwagi na swą pozycję rynkową – jest w gruncie rzeczy monopolistą. O ile więc powyższa sytuacja rozwiązana została, jak należy: roszczenie zasugerowane przez Content ID zostało odrzucone przez firmę, która je otrzymała; o tyle pozywanie twórców stanowi element nacisku oraz realne źródło przychodu dla nieuczciwych użytkowników. Jeśli sugestia wychodzi bowiem od osób trzecich, tylko one mogą wycofać się z owych roszczeń. Brak ugody między autorem filmu a podmiotem wysuwającym wobec niego żądania kończy się natomiast zdjęciem filmu (lub rzadką interwencją YouTube’a, jeśli wykryte zostanie oszustwo). W skrajnych przypadkach może więc dochodzić do sytuacji, gdy z serwisu znikną np. niepochlebne recenzje. Ot, przykład komentarza do zwiastuna “Hellboya” na kanale AngryJoeShow (trzy miliony subskrybentów), na którego usunięcie naciskało studio Lionsgate Films. I tu rodzi się pytanie ostateczne: jeśli YouTube jest samozwańczym wyznacznikiem wolności w internecie, dokąd to medium zmierza?

Autor artykułu
More from Damian Halik

Co nam przyniósł San Diego Comic-Con 2019?

Dobiegło końca największe święto popkultury na świecie, jak zwykle umożliwiając fanom spotkanie...
Czytaj wiecej