Za nami 91. gala rozdania Oscarów

ROMA
ROMA
Oficjalnie zakończyliśmy filmowy sezon nagród, którego zwieńczeniem było przyznanie nagród Akademii Filmowej, czyli Oscarów.

W miniony weekend, w nocy z niedzieli na poniedziałek polskiego czasu, po raz 91 Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej, przyznała swoje nagrody, które wszyscy znamy pod nazwą Oscarów. Galę tę poprzedzało wiele kontrowersji, zaczynając od podjęciu decyzji o braku prowadzącego, a kończąc na chęci usunięcia kilku kategorii z głównej transmisji – niektóre z nagród miały być przyznane w przerwach reklamowych, jednak ostatecznie wycofano się z tego pomysłu na kilkanaście dni przed wydarzeniem. Nic więc dziwnego, że wiele osób obawiało się, jak w tym roku wypadnie to święto kina. Na szczęście obawy okazały się może nie bezpodstawne, co na wyrost.

Brak prowadzącego

Tego chyba wszyscy obawiali się najbardziej. Wszak tradycją przy prowadzeniu gali było to, że posiadała ona prowadzącego (lub prowadzących). Wszystko oczywiście po to, by była osoba, która będzie moderować i po prostu prowadzić całe wydarzenie, nadawać mu tempo, zabawiać zgromadzonych gości i widzów w przerwach między wręczaniem kolejnych nagród. W historii Oscarów było wielu prowadzących. Niektóre osoby prowadziły gale wielokrotnie – najczęściej gospodarzami byli Bob Hope oraz Billy Crystal – co może być dowodem na to, jak dobrze się sprawdzali w tej roli i jak chętnie Akademia chciała, by ponownie zabawiali wszystkich uczestników. Prowadzący galę zazwyczaj rzuca dowcipami jak z rękawa, odwołuje się do nominowanych filmów, twórców oraz do polityki. W ostatnich latach ta ostatnia zaczęła się pojawiać na Oscarach coraz częściej, ale jednocześnie jej komentowanie wypadło coraz gorzej.

W tym roku prowadzącym miał być amerykański komik Kevin Hart, jednak ostatecznie ustąpił, gdyż pojawiły się co do jego osoby pewne oskarżenia o molestowanie seksualne. Ostatecznie nie znaleziono nowej osoby na jego miejsce, a Akademia postanowiła, że w tym roku prowadzącego nie będzie. To pierwszy taki przypadek od 30 lat.

Jaki był efekt? Zaskakująco dobry.

Wszystko przebiegło płynnie, całość nie dłużyła się tak, jak w latach poprzednich i obyło się bez suchych żartów, które mało kogo bawiły. Osobiście mam nadzieję, że za rok również zapadnie decyzja o tym, że nie będzie głównej osoby odpowiedzialnej za przebieg rozdania nagród. O wiele lepiej sprawdzają się pojedyncze osoby wychodzące na scenę, by zaprezentować kategorie.

Regina King w filmie “Gdyby ulica Beale umiała mówić” dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Zwycięzcy i przegrani

Zawsze jest tak, że aby ktoś mógł wygrać, to ktoś musi przegrać. Nie da się takich nagród rozdać inaczej. W tym roku najwięcej nominacji do Oscarów miały dwa filmy: „Roma” Alfonso Cuaróna oraz „Faworyta” Yorgosa Lanthimosa. Oba posiadały po 10 nominacji (w tym dla najlepszego filmu), jednak żaden nie zbliżył się do takiej liczby statuetek. Czy można nazwać ich przegranymi? Choć najgorzej pod względem stosunku nominacji do wygranej wypadła ”Faworyta”, która otrzymała jedynie jedną nagrodę, to trzeba jasno powiedzieć, że to bardzo ważna kategoria. Oscar powędrował bowiem do Olivii Colman za rolę pierwszoplanową. Aktorka zapadnie wielu osobom w pamięć za sprawą swojego przemówienia, które wygłosiła po wyjściu na scenę, odbierając wyróżnienie.

„Roma” to film, o którym było głośno z wielu powodów. Po pierwsze, Alfonso Cuarón miał kilkuletnią przerwę w tworzeniu filmów i jego powrót został bardzo ciepło przyjęty. Po drugie, wiele osób uważa, że „Roma” jest filmem wybitnym, z czym częściowo mogę się zgodzić. Kolejnym argumentem jest to, że Cuarón zrobił ten film w dużej mierze samodzielnie, o czym świadczy również liczba nominacji – on sam za ten film był nominowany w kilku kategoriach: reżyser, zdjęcia, najlepszy film oraz najlepszy scenariusz oryginalny. Jednak najwięcej mówiło się o tym, że jest to film, którego główna dystrybucja nie odbywała się w kinach, a na Netflixie. Jest to historyczna chwila, kiedy to nie film kinowy otrzymał nie tylko nominację do Oscara, ale aż tyle nominacji. Ostatecznie film otrzymał trzy nagrody, a sam Cuarón powrócił do domu z dwiema statuetkami (ma ich na koncie już cztery).

Zaskoczenia

W większości kategorii odbyło się w zasadzie bez zaskoczeń, bowiem było wiele „pewniaków”, których można było łatwo przewidzieć. Mnie osobiście najbardziej zdziwiły nagrody za dźwięk i montaż dźwięku, które powędrowały do filmu „Bohemian Rhapsody”. Liczyłem, że statuetki zdobędzie „Pierwszy człowiek” Damiena Chazelle’a – w dalszym, ciągu ciężko jest mi zrozumieć, dlaczego ten film otrzymał tak mało nominacji, a jego jedyna nagroda to ta, za efekty specjalne. Niektórych może dziwić wybór akademii w kategoriach za najlepsze kostiumy i scenografię dla filmu „Czarna pantera”, ale jest to bardzo dobry wybór, ponieważ twórcy wykazali się bardzo dobrym researchem w temacie afrykańskich kultur i należy to docenić. Dodatkowo film zwyciężył również w kategorii najlepsza muzyka. Owszem, nuty Ludwiga Göranssona są przyjemne dla ucha, jednak ja kibicowałem Nicholasowi Britellowi i „Gdyby ulica Beale umiała mówić”.

Tomasz Kot i Joanna Kulig (kadr z filmu "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego), fot. Apocalypso Pictures
Tomasz Kot i Joanna Kulig w filmie “Zimna wojna”

 

Polska bez Oscara

Smucić może fakt, że polska „reprezentacja” powróciła z Los Angeles bez statuetek. „Zimna wojna”, która miała trzy nominacje, nie otrzymała żadnej nagrody, jednak już samo nominowanie filmu nie tylko jako najlepszego filmu nieanglojęzycznego, jest naprawdę dużym sukcesem. W Hollywood byli między innymi reżyser filmu Paweł Pawlikowski oraz głowni aktorzy: Joanna Kulig, Tomasz Kot i Borys Szyc. Najbardziej żałuję, że Łukasz Żal nie został uhonorowany za swoje zdjęcia do „Zimnej wojny”, ale niestety było do przewidzenia, że w tej kategorii zwycięży „Roma”. Mam jednak nadzieję, że okazja dla tej nagrody będzie jeszcze nie jedna, ponieważ Żal na swoim koncie już dwie nominacje i wygrana to zapewne tylko kwestia czasu.

Najważniejsze nagrody

Choć najlepszy film i reżyser, to bardzo ważne kategorie, to osobiście zawsze najmocniej wyczekuję nagród dla aktorów. To oni zawsze są najbliżej mego serca i każdego roku mam swoich faworytów, którym mocno kibicuję. W tym roku obyło się właściwie bez większych zaskoczeń i jestem zadowolony z wyborów Akademii. Wspomniana wcześniej Olivia Colman została wyróżniona jako najlepsza aktorka pierwszoplanowa za „Faworytę” i to był wybór najlepszy z możliwych. Jej koleżanki z planu, Rachel Weisz i Emma Stone, były obie nominowane za role drugoplanowe, ale Oscar powędrował do Reginy King za „Gdyby ulice Beale umiała mówić”. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła i po jej ogłoszeniu wiedziałem, że ta gala będzie ciekawa.

Vigo Mortensen i Mahershala Ali “Green Book” dyst. M2Films

Najlepszym aktorem drugoplanowym został Mahershala Ali za rolę Dona Shirley’a w filmie „Green Book”. Tu również obyło się bez zaskoczeń. Inaczej jednak wyglądało to w przypadku roli pierwszoplanowej. Przewidywania i życzenia były takie, by Oscar znalazł się w rekach Viggo Mortensena, ale ostatecznie chwycił go Rami Malek – gwiazda „Bohemian Rhapsody”. Nie jest to zły wybór, ale nie nazwałbym tej roli oscarową. Inna sprawa jest taka, że w tym roku mało która – którakolwiek? – rola z tej kategorii była wybitna.

Najlepszy film

W roku 2019, Oscara dla najlepszego filmu zwyciężył „Green Book” w reżyserii Petera Farrelly’ego. Wybór bardzo do przewidzenia, choć spodziewano się, że jednak wygra „Faworyta” lub „Roma”. Cóż, opowieść o dwóch mężczyznach w samochodzie była dla Akademii po prostu bezpieczniejsza. Na pewno nie jest to film zły. Zdecydowanie jest on niemal szablonowym filmem na Oscara i nie ma co się dziwić temu, że ostatecznie ta nagroda poszła właśnie do niego. Szkoda tylko, że ostatnimi czasy wybory głosujących są przewidywalne do bólu. Chociaż, dwa lata temu każdy przewidywał zwycięstwo „La La Land” i nawet przez chwilę stało się ono faktem, ale koniec końców, wygrał „Moonlight”.

Tegoroczna gala okazała się znacznie lepsza, niż przewidywano. Kontrowersje jakie pojawiły się w poprzedzających ją tygodniach, zwiastować mogły katastrofę, ale ostatecznie było to najlepsze rozdanie nagród od lat – przynajmniej pod względem organizacyjnym. Mam nadzieję, że za rok Akademia również postanowi nie wyznaczać prowadzącego i wypracuje nową formułę, która da Oscarom nieco świeżości.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Janusz Gajos jako „król Kaszubów”

Polskie kino ma się całkiem dobrze i nie raz już o tym...
Czytaj wiecej