„Zaułek koszmarów” – niewesołe miasteczko [Recenzja]

Cate Blanchett, Bradley Cooper, Zaułek koszmarów, Guillermo del Toro, 2021, Searchlight Pictures
Cate Blanchett i Bradley Cooper w "Zaułku koszmarów" (reż. Guillermo del Toro, 2021), fot. Searchlight Pictures
Po kilku latach przerwy Guillermo del Toro powraca z nowym filmem. Tym razem meksykański reżyser zanurza się w estetyce noir, odświeżając klasyczną opowieść z lat 40. XX wieku. Jak specjaliście od horrorów udał się romans z czarnym kryminałem?

Nowy film del Toro to druga adaptacja powieści Williama Lindsaya Greshama. Pierwszą w 1947 roku nakręcił Edmund Goulding. Bohaterem obu jest Stan Carlisle (w nowej wersji Bradley Cooper) – drobny cwaniak z niejasną przeszłością, który szuka łatwego zarobku. Poznajemy go, gdy dołącza do obwoźnego cyrku, a po jakimś czasie daje samodzielne występy w nocnym klubie. Czyta w myślach, komunikuje się z zaświatami, a może jest zwyczajnym oszustem? O tym przekonają się niewinna i dobroduszna Molly (Rooney Mara), uwodzicielska doktor psychiatrii (Cate Blanchett) oraz groźny potentat finansowy (Richard Jenkins).

Ciemność mroczniejsza niż noc

Willem Dafoe, Bradley Cooper, Zaułek koszmarów, Guillermo del Toro, 2021, Searchlight Pictures
Willem Dafoe i Bradley Cooper w filmie „Zaułek koszmarów” (reż. Guillermo del Toro, 2021), fot. Searchlight Pictures

Guillermo del Toro kojarzony jest głównie z baśniowymi historiami, w których duże znaczenie ma atmosfera grozy. „Zaułek koszmarów” to jego pierwszy film, w którym nie występują elementy paranormalne. Nie brak tu jednak charakterystycznego dla obrazów Meksykanina klimatu niesamowitości. Duża w tym zasługa osadzenia części akcji pośród cyrkowej braci, której kamera przygląda się z szacunkiem, uwagą i nieustanną ciekawością. Nawiązania do „Dziwolągów” (1932) Toda Browninga nadają ponuremu obrazowi groteskowy rys.

Gdy akcja przenosi się do wielkiego miasta, ulic skąpanych w strugach deszczu i nocnych klubów wypełnionych papierosowym dymem, to już czyste kino czarne. Noir w wykonaniu del Toro jest niezwykle stylowe i klimatyczne. Kostiumy, scenografia, praca kamery – to wszystko przenosi widza do początku lat 40. XX wieku i na grubo ponad dwie godziny każe zapomnieć o prawdziwej rzeczywistości.

Moralny wymiar historii i jej nieuchronny tragizm

Rooney Mara, Guillermo del Toro, Zaułek koszmarów, Searchlight Pictures
Rooney Mara w „Zaułku koszmarów”, fot. Searchlight Pictures

Mimo dość długiego metrażu ani przez chwilę nie odczuwałem znużenia. Choć podejrzewałem, jak może skończyć się ta historia (od początku ma cechy uniwersalnego moralitetu), to i tak śledziłem ją jak zahipnotyzowany. Rozkoszowałem się sugestywnością ścieżki dźwiękowej i dopieszczoną warstwą wizualną. Z przyjemnością zatopiłem się w tym pięknym i jednocześnie odrażającym świecie, gdzie nie ma winy bez kary ani grzechu bez marzeń o lepszym jutrze.

W estetyce noir świetnie odnajdują się aktorzy. „Zaułek koszmarów” mógłby być pięknym wspomnieniem dawnego kina, które trąci naftaliną. Na szczęście nie pozwala na to obsada. Bradley Cooper pokazuje kilka twarzy – jest przekonujący jako zagubiony mężczyzna ścigany przez grzechy przeszłości; czarujący jako mistrz sztuk magicznych i gładkolicy hochsztapler, wreszcie: odrażający jako bezwzględny przestępca, który sprzedał duszę diabłu.

Partnerują mu dwie kobiety: Rooney Mara będąca wcieleniem niewinności oraz Cate Blanchett jako ikoniczna femme fatale – silna, uwodzicielska i przebiegła. Na dalszym planie udane epizody zaliczają m.in. Toni Collette jako doświadczona przez życie wróżka, Ron Perlman w roli cyrkowego siłacza, czy Richard Jenkins prawdopodobnie w pierwszej tak demonicznej roli w karierze.

Zaułek koszmarów zrodzony z marzeń

Bradley Cooper, Cate Blanchett, Zaułek koszmarów, Guillermo del Toro, 2021, Searchlight Pictures
Bradley Cooper i Cate Blanchett w filmie „Zaułek koszmarów” – w USA film trafił do kin również w wersji czarno-białej, fot. Searchlight Pictures

Kino noir kojarzymy ze zmęczonymi, małomównymi detektywami w prochowcach i z papierosem w kąciku ust. To również opowieści o pechowcach, nieudacznikach i cwaniakach, którzy próbują dorobić się na przekrętach i najczęściej nie kończą dobrze. O tym też jest „Zaułek koszmarów”. Historią o pogoni za marzeniami, ale obraniu drogi na skróty. O chciwości i zgubnej wierze we własne siły. O głęboko zakorzenionym w ludziach złu i brutalnym świecie, który nie daje drugich szans.

W przeciwieństwie do pierwotnej wersji z 1947 nowy „Zaułek koszmarów” ani przez chwilę nie stara się wlać w serca widzów nadziei. Pierwsza adaptacja książki Williama Lindsaya Greshama, mimo że to rasowe kino noir, próbowała wybielić bohatera oraz sugerowała, że jest dla niego ratunek. Guillermo del Toro może pozwolić sobie na więcej niż filmowcy w latach 40. i  nie zaprząta sobie głowy tanimi subtelnościami. W swoim monumentalnym dziele nie tylko rozbudowuje fabułę i pogłębia postaci, ale też ani przez chwilę nie porzuca przytłaczająco pesymistycznego klimatu filmu. Nie łudzi się, że doszyty na siłę happy end kogokolwiek zadowoli.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

„Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” – Marvel w pięciu smakach [Recenzja]

Filmowy świat Marvela wciąż się rozrasta. W dwudziestym piątym filmie serii do...
Czytaj wiecej