Zdobyć Zachód (Trupa Trupa – „B Flat A”)

Trupa Trupa, B Flat A
Okładka płyty "B Flat A", fot. Trupa Trupa/Bandcamp
Karierom takich zespołów jak Trupa Trupa być może warto kibicować. Gdańska formacja jest bowiem całkiem regularnym tematem anglojęzycznej publicystyki muzycznej. Ich płyty ocenia kultowy portal Pitchfork, a na Twitterze wspomina o nich megagwiazda Youtube’a Anthony Fantano...

Funkcjonowanie jako kulturalny towar eksportowy nie może jednak warunkować bezkrytycznej reakcji. Najnowsze dzieło, którym uraczyła nas Trupa Trupa, nie daje zresztą powodów do zachwytów. Dokładna eksploracja premierowych kompozycji pozwala na odkrycie tajemnicy międzynarodowych sukcesów zespołu. Sekret tkwi w postpunkowym brzmieniu uszytym na miarę pragnień amerykańskiego i brytyjskiego rynku.

To hałaśliwy, transowy gitarowy puls, ale dopięty na ostatni guzik. Uporządkowany i gładki. Pozbawiony chropowatych konturów, a przede wszystkim alienującej charakterystyki gatunku. Sklejony z mnogości burzliwych cytatów (od Can do wczesnych Pink Floyd), lecz bardziej metodą wychwytywania symetrii niż poprzez anarchiczny, burroughsowski cut-up.

Innymi słowy, Trupa Trupa jest projektem sprzedawanym za Oceanem z etykietą zwyczajnej egzotyczności

Koncertowe wykonanie utworu

To muzyka, która w pełni satysfakcjonuje zachodniego odbiorcę, ponieważ nie naraża go na konfrontację kulturową. Trzymając się konotacji postpunkowych, gdańska kapela jest w pewnym sensie anty-Siekierą. Zamiast posługiwać się narracją potęgującą mistyczną obcość gitarowej polskości, grupa unicestwia lokalną tożsamość i inwestuje całą siłę twórczą w celebrację zagranicznego wzorca. Odtwarza melodie, które są dobrze znane amerykańskim oraz brytyjskim dziennikarzom. Przedstawia wierną adaptację popkulturowych obsesji Wielkiego Świata.

„B Flat A” jest owocem rynkowego poskromienia kulturowej unikalności. Projektem, który uśmiecha się do dominującego, zagranicznego pejzażu, zamiast się z nim konfrontować. To płyta pojawiająca się na ustach obcojęzycznych dziennikarzy na zasadzie przyjemnej ciekawostki. Albumowy ekwiwalent Europejczyka popisującego się przed mikrofonem w popularnym tokijskim barze karaoke. Pozbawione własnego smaku przedsięwzięcie, mimo rozkrzyczanego brzmienia, jest pod każdym względem nieme.

To dzieło nieme kulturowo, posłusznie eksportujące towar dopasowany do żądz konsumentów

Klip do jednego z singli

Nie twórczy, a odtwórczy produkt dokonujący aktu autoagresji na własnej tożsamości. To też dzieło nieme estetycznie. Tak bardzo nasiąknięte stylistycznymi, zewnętrznymi wpływami, że aż rozpadające się w dłoniach. Produkcja reprodukcji zyskująca zagraniczną aprobatę dzięki swej formalnej przeźroczystości.

To wreszcie dzieło nieme ideologicznie. Konceptualizujące zło przy pomocy sloganowych tropów. Trochę fabularnego zacięcia dreszczowca, trochę melancholii Joy Division – pozory mitologizujące stek archetypów. Trywializacja niepokoju jako dopełnienie formuły bezpiecznej egzotyczności towaru wschodnioeuropejskiego. Czy warto więc kibicować? To już zależy od tego, w jaki sposób próbujemy wymierzyć sukces artystyczny – biorąc pod uwagę stopień kreatywności czy efektywności reprodukcyjnej.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Ułuda przyszłości

W ciągu ostatnich kilku dni rodzime media żyły przede wszystkim jednym wydarzeniem...
Czytaj wiecej