Zombie albo manifest nieumarłych

Zombie, Noc żywych trupów, George A. Romero, 1968, Image Ten
Kadr z "Nocy żywych trupów" (reż. George A. Romero, 1968), fot. Image Ten
Definiująca współczesną ludzkość nieustanna pogoń za unikalną tożsamością jest w istocie ucieczką przed identyfikacją z mrocznymi zakamarkami jaźni – absolutną charakterologiczną abominacją. Ciągłe poszukiwanie nowych, urodziwych protez ego odciąga człowieka od spojrzenia w lustro.

To w lustrze bowiem człowiek widzi to, czego nie chciałby nigdy ujrzeć. Stary archetyp, który bardzo precyzyjnie odzwierciedla jego kondycję – postać zombie. Zombie, czyli nie umarli, a nieumarli. Nie żadna metafora, a punkt odniesienia. Nie symbol, nie znak, nie logo. Esencja. Kwintesencja permanentnego stanu. Zamrożonego serca, zastygłego w bezruchu umysłu, powiek złożonych w ofierze bezradnym obrazom. Kwintesencja stopklatkowego wzroku i języka przystrojonego niemą inercją.

To my, Nieumarli! To my, Zombie!

“Noc Żywych Trupów” (1968)

Żyje w nas tylko to, co nie żyje. Funkcjonuje tylko to, co nie funkcjonuje. Ludzka maszyna została opuszczona. Nikt nie siedzi już za kierownicą. Nikt ani nic nie prowadzi jej ku czemukolwiek. Nie prowadzi jej ku chęciom, pragnieniom, żądzom, nadziejom. Zewnętrzne oblicze: obdarty ze skóry obraz niemocy. Instynkt jako ostatek ludzkiej witalności. Prymitywny, naturalny bodziec. Żałosny respirator antyegzystencji.

Człowiek przemierza szlaki codzienności z podwójnym zakazem w kieszeni. Sam sobie zabrania zarówno spektakularnego życia, jak i spektakularnej śmierci. Nie umiera, a i tak spaceruje aleją post mortem. To życie pośmiertne będące parodią chrześcijańskiej idei. Powszedniość, w której nie ma miejsca ani na utopię, ani na dystopię. Koncepcja nieba jest tak samo niemożliwa, jak koncepcja piekła. Tak naprawdę nie doświadczamy ani raju, ani horroru, ani cierpienia, ani rozkoszy, ani przyjemności, ani boleści. Nie zamierzamy się poświęcać ku chwale wielkich celów, ale też nie mamy ochoty walczyć o własny, egoistyczny sukces.

Nowe religie są napędzane przez procesy same w sobie. Nigdy nie docierają do celu. Cel jako bezgłowy fantom szukający po omacku odpowiednio zaprojektowanego jutra. Religia egoizmu, religia coachyzmu, religia maczyzmu, religia triumfalizmu. To autokanibalistyczne cykle, którym nie grozi koniec spowodowany śmiercią z przejedzenia. Są bowiem obarczone półkonsumpcją, nieobejmującą procesu trawienia. Półkonsumpcja planety. Symulowane pożeranie map zawsze zwieńczone ponownym wypluwaniem ich w stanie nienaruszonym.

Rozkoszujemy się informacją – jej brakiem smaku, kształtu i faktury. Rozkoszujemy się wpisanym w nią brakiem rozkoszy. Chełpimy się permanentnym nienasyceniem. Nienasyceniem, które nie przemija nigdy – nawet gdy zdzieramy naskórek naszych wirtualnych tożsamości. Nawet gdy upijamy się obietnicą technologicznej innowacyjności. Nawet gdy nabieramy się na sprytną iluzję nowości. Wiecznie potykamy się o złudzenie przedrostka techno-. Nie potrafimy wyrwać się z jego przyjemnego uścisku.

W taki sposób wybrzmiewa prawdziwy futuryzm

“Dawn of the Dead” (1978)

Nasze nieumarłe organizmy funkcjonują wyłącznie dzięki ironiom. Ironii osobistej, ironii utowarowionej, a także ironii losu. Ironia jest jednocześnie przyczyną i skutkiem. Problemem i mechanizmem obronnym. Chorobą i panaceum. Społeczeństwo schowane do zamrażarki. Śmierć grupy, śmierć solidarności, śmierć współpracy. Kolektywność facebookowa naznaczona niedołężnością eventu. Jesteśmy masą, która nie chce być masą. Jesteśmy masą, która neguje samą siebie. Masą, która uwierzyła w pejoratywne znaczenie swojego imienia. Uważamy się za paradoksalny tłum indywidualistów. Liczba mnoga pojedyncza. Zespół nieudolnych solistów. Niesiemy zjednoczenie na sztandarach, nie jednocząc się choćby na chwilę.

Idziemy wciąż do przodu. Wciąż przed siebie i siebie. Dla siebie, o sobie, po sobie, przed sobą, za sobą. Rzucamy się na resztki naszego potencjału, po to, by rozczarować siebie samych. Strzępki naszej energii żyją w próżni antyaktywności. Medytacja-aplikacja-korporacja. Cały wachlarz barwnych masek. Większość masek zakładamy, bo nam wypada, ale tylko jedną ściągamy, bo wypada. Niekończące się antydoświadczenie. Wyrwaliśmy ostatnią kartkę naszej historii. Nie mamy szansy na nowy etap, bo kąpiemy się w bagnie teraźniejszości. To nie apokalipsa, ta bowiem wymagałaby działania. Wymagałaby ruchu, zmiany, przewartościowania wszystkich wartości. To stagnacja.

Nasze życie naszpikowane jest zdaniami pozbawionymi kropek. To karykatura buddyjskiej mantry. Karykatura powieści Bernharda. Parodia, a nie pastisz, gdyż pastisz sugerowałby istnienie wzoru, któremu warto hołdować. Tymczasem hołdujemy ironii. Czemuś, co nie konfrontuje się z rzeczywistością, ani nawet jej nie atakuje. Czemuś, co zbywa rzeczywistość. Przepędza ją gazetą jak nic nieznaczącą muchę. Stajemy się więc pełnokrwistą zgrywą z nieśmiertelności. Zbyt trupi, by żyć i zbyt żywi, by umrzeć. Tym właśnie jest nasz modny minimalizm. Funkcjonowaniem ograniczonym do nagich, pierwotnych podstaw.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Nie zapomnijcie o muzycznych perłach zeszłego roku!

Przełom grudnia i stycznia zawsze warunkuje setki muzycznych podsumowań. Niestety, autorzy rankingów...
Czytaj wiecej