Zremiksujmy religię!

Kino religijne, Diabły, Ken Russell, Russo Productions, Warner Bros.
Kadr z "Diabłów" (reż. Ken Russell, 1971), fot. Russo Productions/Warner Bros.
W czasach współczesnych religia jest w stanie zachować swój wyrazisty smak jedynie poprzez poddanie się śmiałej dekonstrukcji. W zderzeniu z ironią dzisiejszego postmodernizmu klasyczna bogobojność wypada śmiesznie, ale już odważna interpretacja wiary jest przedsięwzięciem jak najbardziej uniwersalnym.

Wiedzą o tym zwłaszcza filmowcy, którzy porwali się na brawurowe dyskusje z mitami Sacrum. Wbrew powszechnemu oburzeniu ich heretyckie wizje nie są jednak ateistyczne. Nie skłaniają się także ku negacji. Zamiast destrukcji znanych doktryn, ci twórcy ukazują bowiem ich transformacyjny charakter. Ich filmy stanowią więc osobliwe, ale jednak religijne kino.

“Diabły” Kena Russella to jeden ze sztandarowych przykładów heretyckiego kina 

Owoc barwnych lat siedemdziesiątych prezentuje losy grzesznego kapłana Urbaina Grandiera. Upadły duchowny świadomie wytwarza wokół siebie aurę prowadzącą do skrajnego kultu jednostki. U innych ludzi (m.in. zakonnic) prowokuje tym samym silną fascynację erotyczną. Seksualność postaci z tego filmu odsłania ludzkie oblicze religii. Reżyser pokazuje w ten sposób, że za uwielbieniem do boskich figur najczęściej stoi podświadomy, fizyczny pociąg.

Chrystusowe osobowości egzystują w kulturowej wyobraźni nie tylko jako Ojcowie, ale też idealni mężczyźni i kochankowie. Miłość, którą wierni obdarzają biblijnych bohaterów oraz ich ziemskie reprezentacje (kapłanów i papieży), ma w sobie sensualność bliską przyziemnej, cielesnej przyjemności. Uświadomienie sobie tej należności pozwala spojrzeć na religię nie jak na przestarzały cywilizacyjny trop, a realizację najskrytszych fantazji. Zdanie sobie z tego sprawy znajduje nowe miejsce dla duchowości XXI wieku. Uczłowiecza ją i sprawia, że jest bardziej zespolona z naszą rzeczywistością.

Niesławne “Ostatnie Kuszenie Chrystusa” Scorsesego także szkicuje portret uczłowieczonej boskiej persony

Jezus zachowuje się tu jak człowiek z krwi i kości. Targają nim wątpliwości, sprzeczne emocje i zupełnie ludzkie żądze. Odgrywany przez Willema Dafoe protagonista odrzuca narzuconą mu rolę Wielkiego Mentora. Jednakże uciekając od roli autorytetu, paradoksalnie się nim staje. Najważniejszym komponentem ludzkiej duchowości jest przecież sugestywny, grzeszny składnik. Zaakceptowanie go prowadzi do pokochania swej niedoskonałości. Miłość do własnej ułomności umożliwia intensywną relację ze spirytualnymi koncepcjami.

Wszelkie kryzysy światopoglądowe tylko pogłębiają związek jednostki z transcendentalnymi ideami. Wiara pozbawiona przeszkód jest wiarą bezrefleksyjną, a więc zupełnie bezwartościową. Zaślepiona mgłą tradycyjnego zwyczaju, nie dopuszcza do siebie aktywnej, intelektualnej eksploracji. Dopiero refleksja na temat kwestii ostatecznych uosabiana przez Scorsesowskiego Chrystusa nadaje religijnemu dyskursowi znaczenia. Właśnie dlatego zagubiony w sieci myśli Jezus z “Ostatniego Kuszenia…” jest bardziej autentycznym przewodnikiem duchowym niż ten archetypiczny, znany z kart Pisma.

Religijne klisze w interesujący sposób poddano filmowej dyskusji także w “Matrixie”

Najpopularniejszy projekt Wachowskich brawurowo żongluje spirytualnymi rekwizytami. Wśród całej tej cyberpunkowo-religijnej ikonografii najistotniejsza wydaje się jednak postać Neo. To Wybraniec, który ma uwolnić ludzkość od życia w skonstruowanym przez Maszyny świecie-symulacji. Wirtualna niewola, w której znajduje się człowiek, do złudzenia przypomina zresztą naszą codzienność. Budują ją wartości, na których oparto realizm kapitalistyczny ostatnich dekad – automatyczny konsumpcjonizm, egzystencjalna stagnacja i fetyszyzacja świata materialnego.

Futurystyczny Jezus Wachowskich jest duchowym przywódcą w sensie absolutnie rewolucjonistycznym. Przeciwstawia się utopii racjonalistycznej filozofii, która idealizuje cnotę ludzkiego umysłu. Przewodzi armii ludzi wierzących w wartości wykraczające poza codzienność widzianą gołym okiem. Kontynuując pomysły Russella i Scorsesego, rodzeństwo Wachowskich widzi w duchowym uniesieniu skuteczną broń wymierzoną w kierunku nowoczesnego, radykalnego scjentyzmu. Chrystusowa postać “Matrixa” to figura całkowicie rebeliancka, antysystemowa. Nie zgadza się na zaspokojenie potrzeby duchowej złudną przejrzystością życia codziennego.

Zainspirowany tradycją kinowej herezji jest także Darren Aronofsky

W “mother!” Aronofsky pozwala sobie na reinterpretację kobiecego oblicza religijności. Grana przez Jennifer Lawrence tytułowa matka rzeczywiście funkcjonuje dwojako – z jednej strony określają ją małe litery, a z drugiej jej żywot podsumowuje wykrzyknik. Małe litery odzwierciedlają uniwersalność bohaterki. To kobieta, którą reżyser po kubrickowsku poddaje mnogości psychicznych oraz fizycznych tortur. Czyni z niej żywy symbol kobiecego miejsca w patriarchalnej, religijnej strukturze.

Zdominowane przez ojcowskie narracje matki, żony i córki są świętymi cierpiętnicami. Żyją w sadomasochistycznym związku z własną duchową tożsamością. Jest to jednak cierpienie rozumiane na dwa różne sposoby. Przez mężczyznę jest ono odczytywane jako akt symboliczny, egzystujący w oderwaniu od tego, co realne. Kobiecy ból jawi się metaforycznie – jako część religijnej tradycji, a nie codzienności. Tymczasem kobieta, która naprawdę doznaje cierpień zadawanych przez patriarchalną ideologię, wcale nie widzi w nich duchowej symboliki, a kulturową niesprawiedliwość.

Rzeczywiście przeżywa ona fizyczne oraz mentalne katusze, które spotykają się z ignorancją kontynuatorów ojcowskiej tradycji. Bohaterkę definiuje też wykrzyknik. Krzyk, który jest obietnicą transformacji wspomnianej relacji. Szansą na prawdziwą spirytualną rewolucję, która raz na zawsze zamorduje dominującego ojca. W filmie Aronofsky’ego się to nie udaje, ale perspektywa zmiany jest bardzo silnie zasugerowana. Jej zaczątek znajdziemy już we współczesnym feminizmie odwołującym się do rewolucyjnego potencjału okultyzmu.

Kino religijne powinno zawsze wchodzić z materiałem źródłowym w dyskusję. Życie duchowe rozwija się przede wszystkim dzięki refleksji, a ta może narodzić się jedynie podczas konfrontacji. Bóg, Chrystus, niebo, piekło – to literackie archetypy, które konserwują swoją moc tylko, gdy są nieustannie remiksowane. Nasz świat nie ogranicza się do twardego gruntu pod nogami, ale nie definiuje go też skostniały katechizm. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Na “The New Abnormal” The Strokes uczą się autoironii

Wypalone ikony indie-rocka akceptują własny uwiąd twórczy i próbują go pokonać metanarracyjnym...
Czytaj wiecej