„Nie!” – wbrew tytułowi jestem na tak!

Jordan Peele to jedno z najgorętszych obecnie nazwisk w Hollywood. Twórca "Uciekaj!" oraz "To my" zawitał w kinach ze swoim trzecim filmem. "Nie!" zapewne nie jedną osobę rozczaruje, jednak równie wielu widzów wyjdzie z seansu bardzo usatysfakcjonowanych.

Z Peele’em jako reżyserem mam jeden problem: jego poprzednie filmy nie trafiły do mnie podczas pierwszych seansów. To nie tak, że mi się nie podobały, jednak daleki byłem od zachwytów. Te przychodziły dopiero podczas drugiego, trzeciego i każdego kolejnego oglądania. W moim przypadku dowodzi to temu, że Peele tworzy obrazy dość wymagające, jednocześnie umiejące trafić do mas. Ukrywa w nich bowiem wiele trafnych spostrzeżeń, analiz i wniosków na temat społeczeństwa i świata, w jakich żyjemy, co nie zawsze od razu trafia do widza. Udowodnił to swoimi pierwszymi filmami, ale czy utrzymał także w przypadku „Nie!”?

Fabuła Nie!

Daniel Kaluuya w filmie „Nie!” (reż. Jordan Peele, 2022), fot. Universal Pictures

Głównymi bohaterami „Nie!” jest rodzeństwo – OJ (Daniel Kaluuya) i Emerald (Keke Palmer) Haywood. Mają rodzinną farmę i biznes polegający na wynajmowaniu koni do filmów. Jak się z czasem dowiadujemy, to interes z tradycjami, które sięgają początków kina i samego Hollywood. Niestety po śmierci swojego ojca rodzeństwo średnio może się odnaleźć w tej rzeczywistości. W efekcie powoli sprzedają swoje konie do okolicznego parku rozrywki, który prowadzi Ricky Park (Steven Yeun).

Problemy rodzinnej firmy to jednak tylko zalążek tego, co ich czeka. Orientują się bowiem, że w ich okolicy dzieją się dziwne rzeczy, które mogą mieć związek z przybyszami z innej planety. Gdy już ich przypuszczenia się potwierdzają, postanawiają wykorzystać sytuację, by ratować się finansowo. Jak? Chwycić za kamerę, nakręcić zjawisko, jakie się u nich pojawiło, i spieniężyć. Co może pójść nie tak, prawda?

Horror czy nie horror?

Keke Palmer w filmie „Nie!”, fot. Universal Pictures

Na tym zakończę pisanie o fabule, ponieważ – jak to bywa u Peele’a – mamy tu zwroty akcji, których nie chciałbym nikomu zepsuć. Odradzam również oglądanie wszelkich zwiastunów, poza tym, który ukazał się jako pierwszy. Kolejne mogą zdradzać elementy fabuły, których dobrze jest nie znać przed seansem. Warto też nie przywiązywać się do Peele’owskiej konwencji, „Nie!” może bowiem pod tym względem zaskoczyć.

Po tym, co do tej pory otrzymywaliśmy od reżysera, zapewne wiele osób oczekiwało kolejnego filmu z gatunku kina grozy. Częściowo tak jest, choć tym razem nie jest to aż tak oczywiste. Mamy tu bowiem również elementy kina SF i współczesnego westernu. Wszystko to, z dodatkiem szczypty satyry, tworzy naprawdę pomysłową mieszankę. Można także zauważyć, że Peele czerpie sporo z takich reżyserów jak Steven Spielberg oraz innych twórców kina nowej przygody. Nie traci jednak przy tym własnego, charakterystycznego stylu.

Zachwycające wizualnie widowisko

Steven Yeun w filmie „Nie!”, fot. Universal Pictures

„Nie!” to jak na razie film z największym budżetem w karierze reżysera. O wiele więcej scen było tu kręconych na otwartych przestrzeniach, z wykorzystaniem kamer IMAX. Za zdjęcia odpowiada zresztą Hoyte Van Hoytema, który od lat współpracuje między innymi z Christopherem Nolanem, a na koncie ma również jeden z filmów o przygodach Jamesa Bonda. Wyraźnie zauważymy tu większe wykorzystanie CGI w porównaniu z „Uciekaj!” czy „To my”.

Same zdjęcia i praca kamery to oczywiście nie wszystko, ale potrafią one w wielu momentach naprawdę zachwycać. Są przy tym jednocześnie dość oszczędne, co tylko pozuje, że reżyser jest twórcą świadomym i nie tworzy kina, które ma być efekciarskie. Wspomniałem o inspiracji kinem Spielberga i „Nie!” można niejako określić takimi współczesnymi „Szczękami”. Oczywiście nie stanie się to filmem tak samo ważnym dla kinematografii i tak kultowym, ale sprawdza się stara prawda o tym, że czerpać trzeba od najlepszych.

Ukryte komentarze i zabawa konwencją

Daniel Kaluuya, Keke Palmer i Brandon Perea w filmie „Nie!”, fot. Universal Pictures

Jordan Peele w swoich filmach komentuje rozmaite elementy naszego społeczeństwa. Tym razem oberwało się przemysłowi filmowemu. Nie dziwi to, kiedy weźmiemy pod uwagę, że akcja „Nie!” rozgrywa się bardzo blisko Hollywoodu i całej filmowej machiny. Robi to, między innymi, tworząc postać przodka naszych bohaterów, który miał być czarnoskórym dżokejem na fotografii z końca XIX wieku wprawionej w ruch przez Eadwearda Muybridge’a. Do tej pory nikt nie wie, jak nazywał się ten mężczyzna, imię konia jest jednak powszechnie znane. Tym samym pokazany jest nam absurd, że w historii – również kinematografii – często pomijane były ważne jej elementy.

Jak zwykle Peele bawi się tu zarówno gatunkami, jak i konwencją. „Nie!” posiada styl reżysera, jednocześnie nie będąc kopią jego poprzednich filmów. To bardzo dobrze rokuje jego przyszłym produkcjom i kolejny raz potwierdza coraz częściej powtarzane stwierdzenie, że Jordan Peele jest nowym Hitchcockiem. To teza teoretycznie nieco na wyrost, ale nie wykluczam, że w przyszłości okaże się ona prawdziwa.

„Nie!” to kolejny film Peele’a, który nie zachwycił mnie przy pierwszym seansie, ale najbardziej z dzieł reżysera rezonował we mnie po wyjściu z sali. Od ponad doby o nim myślę i bardzo chciałbym obejrzeć go ponownie. To bardzo przemyślana produkcja, która potrafi nas przestraszyć, zaciekawić, ale również rozśmieszyć. Czy jest to najlepszy film w dotychczasowym dorobku Amerykanina? Zapewne nie, ale to już rzecz gustów. Cieszę się, że twórca cały czas stara się coraz wyżej zawieszać sobie poprzeczkę i nie daje nam kina oczywistego, ale jednocześnie wciąż nie kieruje swoich dzieł wyłącznie do koneserów. Jego filmy są skierowane do szerokiej publiczności, jednak do tej, która nie lubi mieć wszystkie podanego na tacy. Właśnie takie jest „Nie!”.

Nie! - zwiastun filmu

U góry strony: Grafika promująca film "Nie!" (reż. Jordan Peele, 2022), fot. Universal Pictures

Pin It
Jan Urbanowicz

Jan Urbanowicz

Filmami zainteresowany „od zawsze”. Uwielbia o nich pisać, czytać, rozmawiać i oczywiście oglądać. Najlepiej czuje się w kinie lub na własnej kanapie. Diabetyk, zainteresowany zdrowym trybem życia. Udowadnia, że cukrzyca nie jest najstraszniejszą rzeczą na świecie.