Zniknięcie diwy - Beyoncé „Renaissance”

Powiedzieć, że współczesny pop jest grą zespołową to właściwie nic nie powiedzieć. Dzisiejsze fonograficzne megagwiazdy już nie nagrywają albumów solowych. Mało tego, ich dokonań nie da się nawet nazwać kooperacjami. Takowe sugerowałyby bowiem równomierny artystyczny wkład ikon popu oraz współpracowników.

Obecnie najgłośniejsze muzyczne nazwiska funkcjonują raczej jako drugoplanowi aktorzy w swoich własnych filmach. Uosobieniem tej tendencji od kilku dobrych lat jest Beyoncé Knowles. W „Renaissance” znów otrzymujemy od niej ponad godzinę dźwięków będących efektem ciężkiej pracy kilkudziesięciu producentów. Ponownie możemy poczuć się przygnieceni bogactwem brzmień – hip-hop miesza się tu z dancehallem, elektropopem i taneczną elektroniką.

Teledysk do „Summer Renaissance”

Podobnie jak hitowy krążek „Lemonade” jego następca także ukazuje artystkę jako figurę mocno paradoksalną. Amerykańska wokalistka jest tu jednocześnie centralną postacią (estradową ikoną o gigantycznym nazwisku i efektownym wizerunku) i zaledwie statystką (konwencjonalnym popowym głosem niedorastającym do progresywnych podkładów).

Królująca w każdej piosence ornamentowa estetyka przyćmiewa wszystko, czym pani Knowles mogłaby teoretycznie pochwalić się słuchaczowi. Mityczna charyzma, pewność siebie oraz bezkompromisowość, o których tak ochoczo śpiewa oraz rapuje, są jedynie nieruchomymi rekwizytami. Osobowość byłej członkini Destiny’s Child jest kartonowym tłem dla brzmienia wykreowanego przez jej studyjną ekipę.

To dość absurdalne, ale na niekorzyść Beyoncé działa jej pragnienie artystycznego rozwoju

Beyoncé - Wideo-zapowiedź albumu

Na tym renesansowym projekcie Amerykanka zapędza się w mroczne rejony basowego, klubowego grania. Ta ryzykowna eskapada okazuje się absolutnym fiaskiem. To kreatywna decyzja będąca groteskową parodią coachingowej ideologii. „Renaissance” jest bowiem przykładem brawurowego wyjścia ze strefy komfortu, które natychmiast udowadnia, że nie należało jej w ogóle opuszczać.

Renaissance

Autorka słynnego „Crazy in Love” jest bowiem w gruncie rzeczy bardzo konserwatywną wokalistką. Mimo własnoręcznie wyciosanego, progresywnego wizerunku od dekad nie wychodzi poza wygodną manierę, którą przed nią forsowały Aaliyah czy Janet Jackson. Towarzyszące jej działaniom, efektowne (choć po neoliberalnemu letnie), emancypacyjne slogany są przekazywane przy pomocy wyjątkowo zachowawczych środków wyrazu. Analogicznie, wszelkie eksperymenty brzmieniowe zderzają się z jej tradycjonalistycznym podejściem do popowej materii.

Oczywiście nie możemy prosić megagwiazdy R&B o porzucenie strategii, która była, jest i prawdopodobnie wciąż będzie tak efektywna i dochodowa. Nie wolno nam również żądać, żeby solowa artystka popowa rzeczywiście była solową artystą popową. Natomiast, jako słuchacze współczesnej muzyki popularnej, powinniśmy wymagać przynajmniej jednego: spójności narracji konstruowanej przez tak ekskluzywny produkt. Tego nagraniom Pani Knowles brakuje od dawna.

Beyoncé - Zapis koncertu ze słynnej trasy „I am…”

U góry strony: Beyoncé – "Renaissance", fot. Parkwood Entertainment/Columbia Records

Pin It
Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Rocznik 1992. Dziennikarz, wykładowca, konsument popkultury. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling